Chodzi mi o prywatne wiadomości. :)
Większość listów które otrzymuję na moją skrzynkę blogową zaczyna się od wątpliwości dotyczących
tego, czy można do mnie napisać, czy wypada, czy powód nie jest zbyt błahy, czy
odpiszę.
Zupełnie niepotrzebnie! Bo nie tylko można, a nawet trzeba, jeśli tylko ktoś ma ochotę (bo powodu może nie
mieć nawet żadnego), ponieważ bardzo lubię dostawać maile od czytelników i
właśnie dlatego mój adres podany jest na stronie. Odpiszę z ogromną
przyjemnością, również na wiadomości na facebooku – o ile tylko nie są
anonimowe, albo nie zaczynają się od słów: „Hi sweety…”, czy czymś w tym
rodzaju. ;)
Na
wszystkie pozostałe odpisuję, może czasem nie w tym samym dniu, bo niekiedy
jest ich zbyt wiele, ale z pewnością to zrobię, ponieważ sama bardzo nie lubię,
gdy ktoś ignoruje moje wiadomości i wiem, jakie to bywa nieprzyjemne. Taki brak
reakcji, nawet jeśli odpowiedzią ma być jedynie „Dziękuję i pozdrawiam”, jest
dla mnie taką samą nieuprzejmością, jak brak odpowiedzi na zwyczajne „dzień
dobry” albo podanie ręki. Dlatego reaguję zawsze i odpisuję (poza spamem),
nawet, gdy się trochę z tym spóźniam. ;)
Natomiast
jeśli nie odpiszę, to oznacza, że wiadomość się zagubiła.
Tak
niestety stało się dziś, kiedy całkowitym przypadkiem odkryłam wrzuconą do
kosza nieprzeczytaną wiadomość (przepraszam!) od
pewnej przemiłej pani, która napisała do mnie zaraz po emisji trójkowego
reportażu. Prawdopodobnie usunęłam mail pozbywając się spamu, co mnie
oczywiście nie usprawiedliwia. :P
Naprawiłam
błąd, ale w głowie zaświtała mi nowa niepokojąca myśl – a jeśli to nie zdarzyło
mi się po raz pierwszy? Nie zawsze zaglądam do spamu, więc mogło, zwłaszcza w
tych szczególnych momentach, gdy maili bywa naprawdę dużo.

Można
też oczywiście pytać w komentarzach (nie trzeba mieć założonego
konta), tu też staram się na bieżąco odpowiadać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz