poniedziałek, 2 grudnia 2013

Tajemnice Luizy Bein

Premiera - kwiecień 2014, Wydawnictwo Nasza Księgarnia.

Tym razem coś zupełnie nowego, innego i zaskakującego - mam nadzieję pozytywnie...





Szczegóły niebawem...

wtorek, 30 lipca 2013

O tym, jak w kilkanaście minut przyrządzić pyszny, orzeźwiający chłodnik litewski…


... dokładnie ten sam,

który w "Bluszczu prowincjonalnym" przyrządza Anna.

 

Dziś też miały być ziemniaki i orzeźwiający chłodnik litewski z prawdziwego zsiadłego mleka. Idealny na doskwierający upał.
        Anna umyła przyniesioną z ogrodu botwinę i podgotowała ją w niewielkiej ilości wody. W międzyczasie posiekała zieleninę, ogórki, rzodkiewkę, a potem ugotowała kilka jajek na twardo. W dużym, glinianym garnku wymieszała starannie wszystkie składniki, by w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wrócić na werandę...
 
 
 

 
Przepis na chłodnik litewski, zamieszczony na końcu książki:

Szybkość przygotowania chłodnika zależy przede wszystkim od szybkości przygotowania jego bazy – czyli wywaru buraczanego, a właściwie od tego, który ze sposobów uzyskania wspomnianego wywaru wybierzemy.

Sposoby są trzy.

Pierwszy - dla zaawansowanych – cierpliwych entuzjastów zdrowego żywienia: siekamy boćwinę łodygową lub po prostu botwinę (najlepiej taką świeżo wyrwaną z ogródka), trzy średnie buraczki obieramy i kroimy w grube plastry. Całość gotujemy w trzech szklankach wody, z jednym listkiem laurowym, dwoma ziarenkami ziela angielskiego i trzema pieprzu. Doprawiamy solą, octem i cukrem. Na koniec buraczane plastry usuwamy z wywaru, boćwina natomiast w nim zostaje.

Drugi - dla średnio zaawansowanych – znacznie mniej cierpliwych entuzjastów zdrowego żywienia: kupujemy gotowy sok z buraków w butelce lub kartonie, doprawiamy go odpowiednio i zagotowujemy (o ile nie był już wcześniej pasteryzowany).

Trzeci - dla zuchwałych – nic dodać, nic ująć: kupujemy dwie torebki barszczu w proszku i rozpuszczamy go w dwóch szklankach gorącej wody.

Wszystkie z wymienionych sposobów ma łączyć jedno – wywar musi być mocny, esencjonalny, a jego skosztowanie może, a nawet powinno powodować lekkie łzawienie oczu. Musi też być dobrze schłodzony. Przelewamy go do docelowego naczynia (mile widziane gliniane lub szklane) i mieszamy z dwoma litrami maślanki, ewentualnie kefiru, zsiadłego mleka lub jogurtu naturalnego, bądź też mieszaniną powyższych. Jeśli ktoś lubi kremową konsystencję chłodnika, może dodać kubek jogurtu greckiego, który ma to do siebie, że jest tak gęsty, iż można go niemal kroić w plasterki.

            Potem przystępujemy do siekania szczypiorku i koperku (po jednym pęczku), oraz krojenia w niekoniecznie drobną kostkę rzodkiewki i świeżego ogórka. Następnie wszystko wrzucamy do chłodnika. Z reguły to wystarcza, jednak jeśli chcemy błysnąć inwencją kulinarną i zrobić wrażenie na gościach, do zupy można dodać też np. liście ogórecznika, młodej pokrzywy lub mniszka lekarskiego, rzeżuchę, świeży szczaw, ewentualnie rukolę.

            Chłodnik podajemy z jajem ugotowanym na twardo. Na Podlasiu jednak najczęściej zjada się go z ziemniakami. Ugotowane w całości i bardzo gorące należy włożyć do talerza z zimnym chłodnikiem. Takie połączenie trzeba jednak spożywać dość szybko rezygnując z leniwego delektowania się smakiem, zanim ziemniaki ostygną od zimnego chłodnika, lub zanim chłodnik zrobi się ciepły od gorących ziemniaków. Oba przypadki zdecydowanie pozbawiają walorów smakowych to jedno z najpyszniejszych podlaskich dań.
 
 
 
Smacznego! :)
 

niedziela, 14 kwietnia 2013

Z wizytą w Brzostowie nad Biebrzą...

Zapraszam na obiecany, na razie ostatni etap podróży z "Bluszczem prowincjonalnym" :)


Brzostowo, to wieś położona tuż nad brzegiem Biebrzy, gdzie ludzie żyją synchronicznie z jej nurtem, gdzie rzeka wyznacza ich życiu naturalny rytm, całkiem inny niż ten, którym żyją ludzie w miastach.

 
 
 

W Brzostowie Anna i Agnieszka zatrzymały się u wujostwa Anny, żeby przeczekać burzę . Dom, w którym znalazły gościnę wciąż istnieje, niestety od kilkunastu lat nikt już w nim nie mieszka. Dlatego właśnie nie udało mi się zrobić zdjęć wewnątrz. Myślę, że jednak mimo wszystko uda mi się kiedyś to nadrobić, choćby po to, by sfotografować niesamowity, gliniany piec!



Z zewnątrz chatka wygląda nieco inaczej niż w powieści. Wybudowana, tak jak ta powieściowa, metodą lepiankową, została jednak dawno temu obita brzydką dyktą. Jednak w środku - dom, kiedy byłam w nim po raz ostatni, wyglądał niemal dokładnie tak, jak opisałam w powieści. Mam nadzieję, że uda mi się to kiedyś udowodnić, ponieważ z tego, co udało mi sie dowiedzieć, w środku wciąż znajdują sie sprzęty i elementy wystroju należące do nieżyjacych już gospodarzy.
Niestety mocno też zostało zniszczone obejście, choć myślę, że przez to nie ubyło mu uroku.




A tak to wszystko wyglądało w "Bluszczu prowincjonalnym". Zapraszam do lektury fragmentu:

- Brzostowo – wyjaśniła Anna. – Tu przeczekamy burzę. U moich kuzynów. No co tak patrzysz? Przypomniałam sobie, że mam tutaj taką dalszą rodzinę. Dawno u nich nie byłam, ale kiedyś bardzo często tu przyjeżdżałam z rodzicami. Nad Biebrzę.
            Po chwili skręciły w wąską, zarośniętą i wyglądającą niemal jak zielony tunel dróżkę, by zatrzymać się wreszcie przed niewielkim białym domkiem. Wyskoczyły z auta i popędziły na ganek, gdzie przywitało ich stłumione ujadanie psa.
- Cicho Misiek! Odsuń się – usłyszały jednocześnie ze skrzypnięciem drzwi, zza których wyjrzała przewiązana chustką kobieca głowa.
- Dzień dobry wujenko – powiedziała Anna, wciąż strząsając z włosów wodę. – Możemy u was przeczekać burzę?
- Ania! Dziecko kochane! A skąd żeś się tutaj wzięła w taką zawieruchę! – Kobieta otworzyła szerzej drzwi, wolnym ramieniem zagarniając gości do środka. – A zachodźcie, zachodźcie prędko do chałupy! Misiek, no odsuń się utrapieńcu, dajże przejść – fuknęła na podskakującego radośnie psa.
            Wewnątrz panowało przyjemne ciepło. W glinianej kuchni palił się ogień. Gospodyni natychmiast odsunęła pogrzebaczem jedną z fajerek i postawiła na pozostałych okopcony czajnik.
- Zaraz wam herbaty z pigwą naszykuję. – Przyjrzała się krytycznie ubraniom kobiet. – I na przebranie coś wam dam, a to wasze przy piecu się powiesi, żeby wyschło.
- A wujek jest? – Anna rozejrzała się po domu.
- Posłałam go, żeby zobaczył czy w obejściu wsio pozamykane. Zaraz przyleci nazad. – Podeszła do okna i dramatycznie uniosła ramiona do góry. – O Matko Bosko, toć wam szybę całą w samochodzie wytłukło. Wody się naleje. Trzeba go do stodoły dać. O, wujek już wraca, dajta kluczyki on zaprowadzi.
- Ale nie trzeba się kłopotać – zaoponowała nieśmiało Agnieszka. – I tak już go porządnie zalało. A kluczyki zostały w samochodzie. Nie zamykałyśmy, bo i tak szyba wybita, to bez sensu.
            Wujenka zrobiła w powietrzu nieokreślony znak dłonią wywracając jednocześnie oczami, po czym otworzyła okno i głośno nakazała mężowi odprowadzenie samochodu.
- Sodoma się robi! – Tymi słowami przywitał ich wujek, ściskając serdecznie Annę i witając się z Agnieszką. – Nie ma gadania, żebyśta wy dziś do domu wracali. Matka naszykuje wam zaraz spanie.
- A pewnie, że naszykuje. Tylko najsampierw herbaty i co do jedzenia. A na przebranie to ja najlepiej dam koszule do spania od razu.
- Ale w domu będą się martwić, a my nie mamy jak zadzwonić, bo telefony nie działają.
- Wujek potem poleci do sołtysa i stamtela Maryni da znać. Nie bojta się nic. A o jechaniu nie ma gadania, jeszcze z tem rozbitem oknem – krzyknęła wujenka już z drugiej izby.
            Kobiety tymczasem przycupnęły na drewnianej ławie przy piecu, rozcierając i ogrzewając przemarznięte dłonie i wciskając równie zimne bose stopy pod rozciągniętego na podłodze psa. Agnieszka z zainteresowaniem omiotła wzrokiem pomieszczenie.
- Ależ tu jest niesamowicie – wyszeptała z zachwytem.
- Zawsze tak było – odparła Anna nie kryjąc zadowolenia i trochę nieuzasadnionej dumy. – Dlatego tak bardzo lubiłam tu przyjeżdżać, kiedy byłam mała. Mimo że nigdy nie było tu nawet telewizora, to jakoś nie brakowało nam rozrywek. I wiesz, co? Najbardziej niezwykły jest fakt, że to miejsce wygląda identycznie jak trzydzieści parę lat temu. Tak jak wtedy, sercem domu i jedynym pomieszczeniem mieszkalnym jest kuchnia. Tamten pokój... - Anna wskazała brodą sąsiednie pomieszczenie. – Jest zarezerwowany tylko dla gości i na święta.
            Wyposażenie izby rzeczywiście wskazywało, że była jednocześnie kuchnią, pokojem dziennym i sypialnią gospodarzy.
W części kuchennej stał duży, biały kredens, zza którego szybek ozdobionych koronkowymi firankami wyglądały ciemnobrązowe miski, talerze i kubki. Pozostałe meble kuchenne stanowiły przytwierdzone do ścian półki, starannie udekorowane papierowymi wycinankami. Wycinane z papieru i krepiny serwetki panoszyły się wszędzie w zadziwiającej wręcz ilości, przypięte pinezkami lub przyklejone do ścian i mebli. Ręcznie wykonane z plastikowych butelek koszyczki wypełnione po brzegi bibułkowymi kwiatami stały w równych szeregach na parapetach i szczycie kredensu. Żywy bukiet polnych i ogrodowych kwiatów wabił zapachem ze stojącego pod oknem stołu. Spod kraciastej ceraty, którą przykryty był  blat, wystawały skrzyżowane, masywne dębowe nogi. Z dębu prawdopodobnie wykonane też były proste krzesła, na których dla wygody siedzących położono płaskie poduszki w wielokolorowych, wydzierganych na drutach poszewkach.
W przeciwległym, najciemniejszym kącie izby stało wielkie staroświeckie łóżko, na którym niemal równo z wysokim, drewnianym wezgłowiem piętrzyła się pościel przykryta kraciastą narzutą. Idealnie wygładzoną, z wyjątkiem niewielkiego zagłębienia, w którym drzemał rozciągnięty wygodnie, szary kot.
 Nad łóżkiem wisiały dwa pozieleniałe ze starości i nieco wyblakłe obrazy przedstawiające Matkę Boską oraz patrona rodziny i małżeństwa - świętego Józefa. Obrazy powieszone były w często spotykany w tych stronach sposób, czyli z górną krawędzią odstającą od ściany. Obok, tuż nad wezgłowiem przytwierdzono odrobinę podkolorowane monidło - portret ślubny gospodarzy.
            Najważniejszą część izby stanowił jednak pomalowany na kremowo, gliniany piec, wzdłuż którego ustawiono trzy drewniane ławy przykryte chodnikami - pasiakami utkanymi ręcznie na krosnach z różnokolorowych gałganków.
- Wiesz, pamiętam… - zaczęła Anna.
- Ciii – przerwała jej Agnieszka kładąc palec na ustach.
Schyliła się i zajrzała pod sąsiednią ławę, odchylając nieco zwieszające się frędzle pasiaka.
- O rany! Popatrz tylko!
            Po chwili obie klęczały na podłodze przyglądając się z zachwytem siedmiu żółtym kulkom, drepcącym na pomarańczowych nóżkach po wyścielonym gazetami kartonie, pod umocowaną do spodniej części ławy rozgrzaną, stuwatową żarówką. Kuleczki dreptały w tę i z powrotem dziobiąc ziarno wsypane do zakrętek od słoików..."
 

 

 
 
I na koniec jeszcze pewna ciekawostka.
Kiedy próbowałam odnaleźć kogoś, kto mógłby mi umożliwić obejrzenie chatki w środku, zostałam zaproszona do innego domu...
 
 
 
...gdzie zastałam...
 
 

Gospodynię i jej kuzynkę (pani w zielonym, zgadniecie, ile ma lat? - myślę, że będzie trudno - 92! :) ) przy łuskaniu fasoli. Zdjęcie oczywiście publikuję za pozwoleniem obu.
 
Obok, po prawej stronie, przy oknie, siedział mąż godpodyni, zastany w trakcie golenia się prawdziwą brzytwą. Również pan w wieku ponad dziewiećdziesięcioletnim.

 
I to właśnie On jest tą niespodzianką.
Osobą, o której chciałabym napisać.
Mężczyzna jest najstarszym, żyjącym we wsi przedstawicielem rodu Trzasków, tego samego, z którego wywodzi się nasza powieściowa Leokadia Jęrzych de domo Trzaska - diva operowa, mieszkająca we wspaniałym rodowym dworku z godłem Trzasków w tympanonie.
 
(Obrazek pochodzi w Wikipedii)
 
 
"Największą jego ozdobę stanowił wspaniały portyk z czterema masywnymi kolumnami zwieńczonymi imponującym frontonem, w którego tympanonie widać było wyraźnie zarys księżyca w kształci kołyski zawisłej między dwoma złamanymi mieczami.
Najprawdopodobniej był to herb rodowy właścicieli dworku."
 
(Fragment pochodzi z książki.)
 
Natomiast wspomniane Brzostowo jest wsią, w której od lat żyją przedstawiciele rodu Trzasków.

sobota, 30 marca 2013

Życzę świątecznie...

Wszystkiego, co najlepsze! :)


... i zgodnie z tradycją zapraszam do swojego domu. Tym razem...
 
Jajecznie! ;)
 
 
Wiem, trochę dużo, po prostu lubię malować jajka :-P
 
 
Kawałeczek mojej biblioteczki w wielkanocnej szacie. :-)
 
 
 
 
I na koniec ilustracja do "Bluszczu prowincjonalnego".
 
Kto czytał uważnie? ;)


 
 
Wesołych Świąt! :)
 
 
 


czwartek, 21 marca 2013

Zapraszam na wycieczkę do Łomży...

Oczywiście razem z Anką Radecką i pozostalymi bohaterami "Bluszczu prowincjonalnego". :)




 


Pierwsze zdjęcie jest ciekawostką. Pisząc powieść wiedziałam, że łomżyńskie kwiaciarki kładą  często na kolanach Hanki  kwiaty. Postanowiłam, że w mojej książce będą to goździki. Kiedy gotowy "Bluszcz prowincjonalny" był już niemal w druku, pojechałam do Łomży, żeby zrobić Hance zdjęcie. Spójrzcie tylko, co artystka miała na kolanach! :)   Poniżej fragmenty książki, które ilustrują zdjecia:


 ...udali się w kierunku ulicy Farnej, zmierzając wprost do ławeczki, na której od kilku lat gościła odlana z brązu Hanka Bielicka. Jak zwykle, na kolanach słynnej Łomżynianki leżał bukiet świeżych kwiatów, tym razem były to kolorowe goździki.
Arturek natychmiast wspiął się na ławkę, zasiadł wygodnie i mrużąc z zadowolenia oczy, przystąpił do konsumpcji rozpływającego się już powoli przysmaku. Anna zerknęła ze strachem na śmietanową strugę płynącą w kierunku jego łokcia, zastanawiając się, czy może zaproponować mu użycie chusteczki. Wyciągnęła na wszelki wypadek kilka z torebki i zagadnęła chłopca.
- Myślę, że jakbyś się troszkę posunął, to może i ja bym się zmieściła na tej ławeczce.
            Arturek nie przerywając lizania zerknął najpierw na nią, a potem zadarł głowę i spojrzał wprost w osłonięte rondem kapelusza brązowe oczy Hanki.
- Posuń się – warknął w kierunku zastygłej w brązie artystki, wprawiając Annę w kompletne osłupienie...






W drodze na parking Anna ze zdumieniem odkryła, że przy ulicy Długiej nadal istnieje maleńki sklep papierniczy, w którym przed każdym wrześniem robiła z mamą szkolne zakupy, z namaszczeniem wybierając ołówki, wąchając wściekle różowe gumki chińskie i negocjując zakup nowego piórnika zapinanego na magnes. Zatrzymała się przed wejściem, ponieważ widok księgarni spowodował, że wpadła na pewien pomysł.
- Poczekacie tu na mnie chwilę? – spytała wchodząc już po schodkach.
 Dzieci pokiwały głowami i usadowiły się na jednej z pobliskich ławek. Amelia spojrzała z zachwytem w kierunku znajdującego się nieopodal, niezwykle wykwintnego gmachu biblioteki miejskiej, który wyglądając na świeżo odrestaurowany jaśniał pośród innych pastelowymi kolorami – gołębim i pudroworóżowym.

- On wygląda tak, że ma się ochotę nałożyć go do pucharka, ozdobić bitą śmietaną i zjeść – podsumowała czując zapewne
jeszcze na języku smak skonsumowanych właśnie lodów.





Włożyła kluczyki do kieszeni i pomaszerowała w kierunku Krzywego Koła. Po minucie stanęła u szczytu ponad stuletnich Kamiennych Schodów. Zaczęła powoli schodzić, trzymając się metalowej poręczy. Po chwili zatrzymała się jednak i przysiadła na jednym ze stopni.
Ogarnęła wzrokiem rozpościerającą się przed nią przestrzeń, widoczne ze wzgórza Rybaki, kawałek ulicy Żydowskiej i soczystą zieleń doliny Narwi, w całej okazałości.





 Pół godziny później Anna parkowała swoje auto w miejscu dawnego dworca PKS. Kilkaset metrów dalej zaczynała się ulica Dworna, a już na jej początku oczom kobiety ukazał się duży szyld z napisem: Salonik Biustonosza. Zaśmiała się pod nosem nieco rozbawiona i przyśpieszyła kroku.




- To zrobimy tak: ja pójdę tu na drugą stronę ulicy do tej apteki, a pani za ścianę do księgarni.
 do Omnibusa, tu zaraz obok.
(...)Wyszła ze sklepu i otworzyła drzwi sąsiadującej z nim księgarni. Rozejrzała się niepewnie po półkach jednocześnie uświadamiając sobie z niemałym wstydem, jak sama zaniedbała się czytelniczo. Ostatnio czytała jakiekolwiek nowości chyba jeszcze przed…
- W czym mogę pomóc? – usłyszała za sobą miły głos ekspedientki.



Mam nadzieję, że wycieczka była ciekawa?
Następny etep to Brzostowo i drewniana chatka wujostwa.
Zapraszam już za dwa tygodnie :)


niedziela, 10 marca 2013

Konkurs świąteczno - wiosenny...

 
Tym razem do wygrania jedna z moich książek do wyboru,

"Mimo wszystko Wiktoria" lub "Bluszcz prowincjonalny",
 
oraz w związku ze zbliżającymi się świętami nagroda tematyczna:
 
Jajo :)
 
 
Tutaj widok z drugiej strony:

 
Jest to prawdziwa wydmuszka z jaja gęsiego na drewnianej nóżce.
Ozdobione czywiście przeze mnie własnoręcznie,  :)
jednak według projektu i pomysłu Jolinki .

Co należy zrobić, żeby wygrać?
Niewiele :)
 
Jakiś czas temu umieściłam na moim profilu fb
zdjęcie hiacynta - pierwszego wiosennego akcentu w moim domu.
 

Hiacynt już dawno przekwitł, jednak stał się dla mnie inspiracja konkursową.
 
Pomyślałam, że chętnie zobaczyłabym wiosnę w domach moich czytelników.
 
 
Żeby wygrać książkę i pisankę z sympatycznym zwierzyńcem,
należy do 17.03. przesłać na adres:
 
 
Zdjęcie przedstawiajace dowolny wiosenny lub świąteczny akcent w Waszym domu,
z jedną z moich książek w tle.
 
(akceptowany jest również fotomontaż ;), do konkursu można zgłosić maksymalnie 3 zdjęcia )
 
Warunkiem udziału w konkursie jest zgoda na publikację nadesłanego zdjęcia.
18.03 wszystkie nadesłane zdjecia zostana opublikowane (anonimowo, bez imion autorów)  
na moim profilu fb  prośbą o "lajki".
 
Jajo i książkę z autografem otrzyma osoba, której zdjęcie otrzyma najwięcej polubień.
 
Ostateczne rozwiązanie konkursu nastąpi 21.03.
 
 
Serdecznie zapraszam do zabawy :)

wtorek, 12 lutego 2013

Jedwabne na kartach powieści, i nie tylko...

Pora na kolejny etap podróży z "Bluszczem prowincjonalnym".
Dziś przystanek bardzo dla mnie bardzo szczególny.
Maleńkie, podlaskie miasteczko, to samo, do którego Anna wybrała się na targ po jaja kupowane parami ( a dlaczego parami, odpowiedzi należy poszukać w Bluszczu ;) ),
 i gdzie odwiedziła parę innych miejsc.
Miejsc, o których zamierzam jeszcze raz opowiedzieć.
Zapraszam na wycieczkę w okolice, gdzie się urodziłam i wychowałam,
gdzie urodzili się i wychowali również moi dziadkowie i pradziadkowie.
Zapraszam do mojego Jedwabnego. :)
... tego samego, o którym kilka lat mówiono głośno, może czasem zbyt głośno.  Którego temat właśnie powraca w kontekście kontrowersyjnego filmu "Pokłosie" w reż. W. Pasikowskiego. Miejsce, gdzie wiele lat przed moim urodzeniem wydarzyły się sprawy, o których nie zamierzam tu mówić...
Nie zamierzałam też o nich pisać w mojej książce, jednak doszłam do wniosku, że większym nietaktem byłoby pominąć  wydarzenia jedwabieńskie milczeniem, niż o nich wspominać.
Nie pominęłam.
Napisałam o tym po swojemu.
Pisząc o Jedwabnem oddałam Annie własne wspomnienia.



 Wysiadła na parkingu obok długiego, kamiennego muru i oparła się o maskę samochodu, spoglądając w kierunku pofałdowanego, leszczynowego zagajnika. Mogiłki. Tak zawsze nazywali to miejsce mieszkańcy. To tutaj najczęściej przychodziła z koleżankami, córkami jedwabieńskiej znajomej, którą kiedyś często odwiedzała jej matka. Przybiegały tu we trzy. Latem na orzechy, zimą na sanki.



 Czasem zatrzymywały się na chwilę, przyglądając się wkopanym w ziemię dużym kamieniom pokrytym trudnymi do odczytania napisami, by jednak szybko wrócić do ulubionej zabawy w chowanego, turlając się ze śmiechem z kolejnych pagórków, albo z wypiekami na twarzy szpiegując ukryte między krzewami zakochane pary.





Jedwabne pokazane w Bluszczu jest autentyczne.
Niemal dokładnie takie jakie jest naprawdę.

Z pięknym, zadbanym parkiem na środku rynku i bielejącymi nad nim wieżami kościoła.







 

Jak większość podlaskich miasteczek, również centrum Jedwabnego zdobił park. Ten akurat był bliźniaczo podobny do bujanowskiego. Weszła w szeroką alejkę. Kiedy dotarła do centralnego placyku wybrukowanego dwukolorową kostką, niemal roześmiała się w głos. Wyglądało to identycznie jak w Bujanach, jednak środek placu był pusty, natomiast na jego skraju stał pomnik. Z pewną zazdrością zauważyła też, że w jedwabieńskim parku zachowano wszystkie srebrne świerki, podcinając im jedynie dolne  gałęzie. Piękne i dostojne wciąż stanowiły największą jego ozdobę







- A to trzeba zajść. Zobaczyć. Bo u nas to kościół taki ładny, jak mało gdzie.
Machnęła ręką w stronę bielejących ponad drzewami dwóch wieżyczek. Anna powiodła wzrokiem we wskazanym kierunku.

 
Anna wysiadła i zamknęła samochód. Skinęła jeszcze raz na pożegnanie kobiecie, która przycupnęła na skraju ławki na przystanku autobusowym.




Z dawną Targowicą, która sąsiaduje z polami na których wciąż uprawia się zboże.


To miejsca znajduje się niemal w granicach miasta :)


I Arturek :)




Są też kapliczki w elewacjach domów,
a tradycja umieszczania ich w obejściach jest wciąż żywa.

  Nagle, na frontowej ścianie jednego z domów dostrzegła małą wnękę, miniaturową niszę obramowaną przyklejonymi do tynku kolorowymi szkiełkami. Za przykurzoną szybką znajdowała się maleńka kapliczka z figurką Matki Boskiej, otoczonej plastikowymi kwiatkami. Anna uśmiechnęła się z rozrzewnieniem. Kapliczka wyglądała dokładnie tak samo, jak ponad trzydzieści lat temu, kiedy jako kilkuletnia dziewczynka uciekała matce podczas targowych zakupów, by móc na nią popatrzeć.

Tyle, że trzydzieści lat temu w miejscu, w którym stała, znajdował się ogromny plac targowy, zwany przez mieszkańców Jedwabnego Targowicą. Dziś plac został przykryty gęstą zabudową domków jednorodzinnych.





I dwór Rembielińskich z XVIII w.
w którym obecnie mieści się. m.in. Dom Kultury i Biblioteka Miejska




Nieopodal wyrosło spore, blokowe osiedle. Odrestaurowany dworek jednak wyglądał zdecydowanie lepiej niż ten, który Anna zapamiętała. Uroku dodawał mu jeszcze otaczający go park pełen wysokich, starych drzew, z ustawionymi między nimi drewnianymi ławkami.
Podeszła bliżej, od strony dawnego kina, i usiadła na ładnych schodach, opierając się plecami o jedną z masywnych kolumn.



Dawne kino "Oaza"
To w którym odbył się słynny koncert Leokadii Jęrzych de domo Trzaska :)





Wspaniała aleja kasztanowa wiedzie do stawu miejskiego, znajdującego się na skraju miasta.
W czasach mojego dzieciństwa było tam kąpielisko. Dziś stanowi gratkę dla wędkarzy.



 
Czasem, mimo kategorycznego zakazu rodziców, zaglądały ukradkiem nad pobliski staw. Wchodziły na betonowy mostek, pod którym przepływała woda. Potem zrzucały z niego patyczki po to tylko, by szybko sprawdzić, czy wypłyną z drugiej strony.





 Takie jest właśnie prawdziwe Jedwabne,
to w którym wciąż bywam,
i do odwiedzenia którego serdecznie zapraszam na dwa sposoby:
podczas lektury "Bluszczu prowincjonalnego"
lub wybierając się tam osobiście. :)


* Cytaty pochodzą oczywiście z "Bluszczu prowincjalnego".

* Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa. Zezwalam na ich kopiowanie pod warunkiem, że zostaną opatrzone źródłem, czyli adresem bloga.