poniedziałek, 29 lutego 2016

Jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na Podlasiu - Tatarska Jurta

Kolejny etap podróży po Podlasiu i kolejny przystanek - Kruszyniany, Tatarska Jurta.





Każdy, kto przeczytał już "Sekret zegarmistrza" wie, dlaczego zatrzymujemy się właśnie tu... ;) Tak, ze względu na dziadka Ignacego, po którym Lena i Ksenia odziedziczyły charakterystyczne rysy i wyjątkową, czystą zieleń oczu.

fot. eMka studio, Magdalena Rogowska-Otremba


Serdecznie zapraszam do odwiedzenia Tatarskiej Jurty 
ze mną i bohaterami "Sekretu zegarmistrza".


"Ignacy zachwycił się tatarską wioską, smakiem kołdunów, pierekaczewników i buł drożdżowych, jakimi uraczono ich przy drewnianym stole ustawionym w sadzie, w samym sercu Puszczy Knyszyńskiej. Poczuł z tym miejscem dziwną więź. Tatarskie porozumienie zapisane w genach. Tak właśnie je nazwał. Wszystko wokół wydało się mu bliskie, choć przecież nigdy nie był w tych stronach." 


"Kiedy usiadł przy stole z tamtejszymi gospodarzami i wysłuchał opowieści o tatarskich rodach, tradycji i kulturze, uwierzył, że w jego żyłach płynie taka sama krew." 


"Poczuł to wraz smakiem pierekaczewnika i każdym słowem tatarskiej gawędy."


"Stefania rozumiała to bez zbędnych słów i była szczęśliwa. Sobie tylko znanym sposobem wyprosiła od gospodyni Jurty przepis i piekła Ignacemu pierekaczewniki, dopóki starczyło jej sił, pozwalając jedynie wyręczać się przy wałkowaniu cieniutkich niczym pergamin płatów ciasta. Potem przekładała je z pietyzmem jabłkami, serem i rodzynkami, albo wytrawnym mięsnym nadzieniem i zwijała w misterne spirale. Bez wytchnienia i odpoczynku. Jakby chciała napracować się na zapas, na czas, kiedy choroba zmusi ją, by w końcu pozwoliła się zastąpić. W kuchni, i w życiu. Zrobić miejsce dla innych – to właśnie powtarzała, gdy zaczęła przeczuwać zbliżającą się śmierć, a w oczach ukochanej wnuczki widziała strach.
– Są w życiu człowieka sprawy, często te najważniejsze, na które nigdy nie ma właściwego czasu, choć jednocześnie jest na nie zwykle czas najwyższy. Zawsze o tym pamiętaj – mówiła." 

To jest najważniejsze dla mnie zdjęcie spośród tych, które przywiozłam z Kruszynian.
Dziś jeszcze nie napiszę, dlaczego, ale zrobię to na pewno za jakiś czas.
"Ostatnich tlących się w nim wątpliwości pozbył się w starym meczecie i podczas spaceru po pobliskim mizarze, cmentarzu tatarskim. Z wypisaną na twarzy nadzieją błądził wzrokiem po półkolistych inskrypcyjnych tablicach. Pomiędzy wyżłobionymi na nich księżycami i gwiazdami szukał nazwiska otrzymanego w spadku po ojcu. Nie znalazł, ale to niczego zmieniło."




"Z Kruszynian wyjechał z całkiem nowym dla niego wewnętrznym poczuciem rodzinnej przynależności."




"...zaprosił swoje panie do Kruszynian na obiad w Tatarskiej Jurcie. Miejsce to nie nadawało się na spędzanie romantycznych chwil we dwoje, za to na rodzinny wypad było idealne. Ksenia również wyglądała na ucieszoną takim obrotem spraw.
– Jeczpoczmaki – oznajmiła z udawaną powagą, zupełnie jak wtedy, gdy jako kilkuletnia dziewczynka z upodobaniem powtarzała cudaczne określenie tatarskich pierogów.
– Pieremiacze, czebureki, czynaki i manty – zawtórowała jej Lena ze śmiechem.
Obie raczej już nie pamiętały, co dokładnie kryło się pod osobliwymi nazwami, jednak wielokrotne lingwistyczne wygibasy z kartą oryginalnych dań utrwaliły je w ich głowach na stałe. "

Czeburek z mięsnym nadzieniem.

Manty z serem i sosem śmietanowo - malinowym.


Tatarską Jurtę opuszczałam z żalem, ale...


... i świadomością, że za jakiś czas tu wrócę.


Po co? O tym napiszę za jakiś czas. Wtedy też pokażę Wam resztę zdjęć i zdradzę drugi powód, dla którego odwiedziłam Kruszyniany. :)

Ze mną od prawej:
gospodyni Jurty Dżenneta Bogdanowicz, jej teściowa Pani Tamara i córka Elwira.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz