poniedziałek, 30 czerwca 2014

Zapraszam na panel literacki do Barczewa!

Spotkanie z bardzo licznym gronem autorów odbędzie się 5.07.2014 roku w Barczewie na Warmii, 
czyli powieściowym Wartemborku znanym niektórym z lektury
"Tajemnic Luizy Bein".

Zdjęcie z panoramą miasta autorstwa Zbigniewa Ramsko Kozłowskiego pochodzi ze strony:  barczewo.home.pl

W panelu, wezmą udział autorzy Wydawnictw: Prószyński i s-ka, Prozami,
oraz Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Manula Kalicka
 Joanna Marat
Małgorzata Warda, 
Mariola Zaczyńska
Magdalena Zimniak
Lidia Zelman
Jacek Skowroński
Piotr Sender
Ja oczywiście będę też.


Wstęp wolny, z przyjemnością spotkamy się porozmawiamy z każdym czytelnikiem.

Szczegóły tu:




Panel jest jednym z punktów programu obchodów 650 -tych urodzin Barczewa, które zbiegły się z obchodami 650 - lecia w służbie książki.



Z tej właśnie okazji rok 2014 został ustanowiony Rokiem Czytelnika.

Serdecznie zapraszam do uczczenia obu świąt w Barczewie!

piątek, 27 czerwca 2014

Nietypowo, bo nieksiążkowo...

Nietypowo, ponieważ jest to pierwszy wpis na blogu całkiem niezwiązany z moim pisaniem, nawet pośrednio.

Wchodząc trochę w kompetencje Adama Wajraka
postanowiłam jednak zrobić wyjątek dla niej. :) 





Znaleźliśmy ją w ogrodzie ponad miesiąc temu. Była nie do końca opierzona, wyglądała dokładnie TAK - trochę jak kondor z całkiem nagą szyją. Wciąż się przewracała, prawdopodobnie z osłabienia. Myśleliśmy, że inne sroki się nią zajmą, jednak tak się nie stało. Krążyły nad nią przez jakiś czas, a potem odleciały i zostawiły w trawie, w pełnym słońcu. Pewnie nie bez znaczenia było pojawienie się kota sąsiadów. 
Nie mieliśmy złudzeń, że nawet jeśli będziemy jej pilnować, kot może okazać się szybszy. To przesądziło sprawę. Po rodzinnej naradzie ptak wylądował w pudełku po butach. Była ledwie żywa, dlatego nie mieliśmy wielkiej nadziei, że uda się ją uratować (dlatego też nie robiliśmy jej wtedy żadnych zdjęć), mimo że nieustannie domagała się jedzenia (wcześniej nie miałam pojęcia, że rozdziawiony dziób może być większy od reszty ptaka ;)). Internety podpowiedziały, że można ją dokarmiać psimi chrupkami rozmoczonymi w wodzie, białym serem, jajkiem gotowanym na twardo i gotowanym kurczakiem, oraz poić wodą z dodatkiem wapna i witamin. Sroka zaakceptowała menu, nawet bardzo, bo początkowo trzeba było ją karmić pęsetą co pół godziny (po kilku dniach już co ok. 2 godziny) i poić co kilka kęsów strzykawką. 


Choć internety ostrzegały, że sroka nie ma praktycznie szans na przeżycie, jeśli nie będziemy jej podawać myszy pokrojonych w kostkę razem z sierścią (nigdy w życiu!), załączone obrazki dowodzą, że internety (nie pierwszy zresztą raz), kłamią jak najęte.
Ptaszęciu z dnia na dzień przybywało sił, piórek i dekagramów.

Przez domowników została pieszczotliwie nazwana  Świrką. 
Dlaczego? 
Bo kiedy Świrka zamyśliła się, albo na coś zapatrzyła, wyglądała tak:



 Tutaj wygląda, jakby coś jej dolegało, ale tak naprawdę, ona tu się po prostu relaksuje. :)

Po trzech tygodniach Świrka przeniosła się do ogrodu, gdzie została na kolejne trzy, poruszając się właściwie tylko w jego obrębie, na początku głównie na nóżkach. 
Oprócz tego, że przytyła, udomowiła się wręcz zaskakująco, stała się niezwykle towarzyska, do tego stopnia, że jak zostawała na zewnątrz sama, waliła dziobem w szybę, dopóki ktoś nie wyszedł.

Tu z najlepszą koleżanką:
  
Świrka potwierdziła też mit o sroczym zamiłowaniu do błyskotek, rzeczywiście zabierała różne przedmioty, choć najbardziej lubiła białe chusteczki, z którymi wyczyniała takie cuda:


Robiła też wiele innych dziwnych rzeczy. 
Na przykład kiedy szypułkowałam truskawki, wyciągała je pojedynczo z kobiałki i kładła przede mną na stole. Lubiła też bujanie w hamaku, przesiadywała na nim nieustannie. 
Wszystkim się interesowała, uwielbiała siadać mi na ramieniu i obserwować, co robię. 
Wołana natychmiast przylatywała głośno skrzecząc, choć podejrzewam że przede wszystkim ze względu na smakołyki, których się spodziewała.


 Świrce  latanie szło już całkiem nieźle, ale wciąż się nie oddalała za bardzo. Kiedy przylatywały inne sroki, chowała się pod stół, ale z czasem sama zaczęła do nich zagadywać. Podejrzewaliśmy, że niebawem do nich dołączy. Zaczęła też latać naprawdę wysoko
Wiedzieliśmy, że kiedy odleci, raczej nie wróci, bo kilka dni wcześniej mieliśmy okazję przekonać się, że nie ma zdolności gołębi pocztowych - niechcący wylądowała w ogrodzie sąsiadów i nie umiała stamtąd wrócić. Siedziała tam parę godzin przestraszona i obrażona na cały świat. Kiedy przynieśliśmy ją z powrotem, jeszcze długo nie mogła dojść do siebie, nie reagowała na nasze wołanie, przez chwilę nawet myśleliśmy, że to jakaś całkiem inna sroka.
Niebawem odzyskała wigor, zaczęła stawać się też coraz bardziej samodzielna.

  Przeczucia nas nie myliły. Niebawem odleciała i nie pokazała się przez ponad tydzień. 
Dziś wylądowała na pobliskim płocie, niestety na wołanie reagowała jedynie skrzecząc po swojemu. 


Kiedy usiłowałam do nie podejść, odfrunęła.







poniedziałek, 23 czerwca 2014

Tym razem... o pasjach.

Kolejny wpis zainspirowany wywiadem u Naili. Jedna z czytelniczek - Ania Wojszel, poprosiła mnie, żebym opowiedziała coś więcej o pasjach wspomnianych w biogramie. 
Ponieważ dotąd zbyt wielu dowodów na posiadanie takowych nie przedstawiłam, obiecałam, że zrobię to w osobnym wpisie na blogu. 

Dziś dotrzymuję słowa.

W biogramie można znaleźć taką informację:
"Pasjonatka  w najszerszym ujęciu tego słowa. (...) Niestety, na  pasje (plastyczne, rękodzielnicze, kulinarne, ogrodnicze, podróżnicze i kilka innych) zaczęło brakować czasu, dlatego autorka zebrała je wszystkie w ramach jednej, tej największej, którą jest pisanie."

Informacja jest jak najbardziej aktualna. Pisanie, to moja największa pasja. Tam przemyciłam jednak wiele innych, bardzo różnych pasji - moich, i nie tylko. Każdego, kto chciałby dowiedzieć się o nich więcej, zapraszam do lektury moich powieści...

...które powstały tu:


Jeśli ktoś się przyjrzy, w miejscu, w którym zwykle piszę (również ten post) dostrzeże moje zamiłowania niemal wprost. Laptop, szyte własnoręcznie zasłony i poducha, ozdobiony techniką decoupage zegar i podstawka do laptopa, po prawej album ze zdjęciami z podróży, w filiżance koktajl bananowo - czekoladowy z domową granolą, a za oknem ogród.

Przechodząc do szczegółów, i ilustracji...

1. Szycie i szydełkowanie:
Podyktowane w dużej mierze względami praktycznymi. Kiedyś szyłam sobie ubrania, dzięki czemu w czasach mniej korzystnych modowo moja garderoba była całkiem różnorodna i kolorowa. Dziś w obliczu obficie zaopatrzonych sklepów mój zapał w tej kwestii osłabł, ale nadal obszywam moje cztery kąty, wciąż wykorzystując praktyczne aspekty umiejętności przekazanej mi przez mamę. Niezręcznie jest mi jednak fotografować uszytą przeze mnie resztę zasłon, poduch, podkładek na stół, pokrowców na krzesła, itp. rzeczy, a tym bardziej nieliczne, ocalałe części uszytej, bądź "wyszydełkowanej" garderoby - własnej lub domowników, dlatego po namyśle postanowiłam pokazać coś, co bardzo dawno temu uszyłam wspólnie z moimi dziećmi:


Wąż uszyty ze ścinków i wypchany jednorazowymi woreczkami po zakupach, dzięki czemu fajnie szeleści. :) W ogonie są opakowania po jajkach - niespodziankach wypełnione grochem, ponieważ to jest wąż grzechotnik. :)

2. Kulinaria:
W kuchni lubię eksperymentować. Rzadko korzystam w gotowych przepisów, większość, które wykorzystuję powstała w wyniku wielokrotnych prób i błędów. W ten sposób powstał między innymi chleb, o którym pisałam tuSporo przepisów zamieściłam też w "Bluszczu prowincjonalnym".

3. Malowanie:
Długo zastanawiałam się, czy przyznać się, że czasem to robię. Maluję. Jeszcze dłużej wahałam się, czy wstawić zdjęcie unaoczniające. Wiem, że widok efektów tej akurat pasji może niektórych przyprawić o ból zębów, ale cóż poradzę, że lubię, i czasem zabieram się za tę jedną z najtrudniejszych sztuk. :) Dla przyjemności - właściwie wyłącznie. Nie upubliczniam za bardzo, jeśli wieszam na ścianach to raczej w miejscach niewidocznych dla odwiedzających mnie gości. Dziś czynię wyjątek najbardziej wyjątkowy ze wszystkich i pokazuję dwa obrazki wykonane suchymi pastelami, oraz jeden (z rzeczywistej serii sześciu) farbami witrażowymi - oprawiony w samodzielnie wykonaną ramkę.


4. Podróże:
O tym mogłabym wiele, dlatego napiszę bardzo niewiele. Na blogu pojawiło się już kilka wpisów geograficznych - widocznych w zakładce po prawej stronie, niebawem pojawią się nowe dotyczące "Tajemnic Luizy Bein", z tego właśnie powodu na razie powstrzymam się przed opisywaniem swoich wojaży wakacyjnych. 

5. Decoupage:
To jedna z pasji, której nie zarzuciłam, mimo pisania. Od czasu do czasu wywlekam swój miniwarsztacik i ozdabiam wszystko, co tylko wpadnie mi w ręce. Dla relaksu, odstresowania się, wyciszenia i wszystkiego, co wiąże się z tzw. świętym spokojem.Większość przedmiotów fotografuję, przede wszystkim po to, by w razie czego móc je odtworzyć, jeśli zostaną mi odebrane, co zdarza się całkiem często (...no proszę cię, daj mi, daj, przecież zrobisz sobie drugie...). W internetach kurzy się z lekka zaniedbana galeria takich zdjęć z czasów, gdy jeszcze aktywnie dyskutowałam na blogach rękodzielniczych, spotykałam się z ich użytkowniczkami (serdecznie pozdrawiam wszystkie, które tu zajrzą - blogerki i zalogowane niegdyś na kaiem, a dziś m.in. w Krainie Czarów!) na wspólnym robótkowaniu. O trzech z nich można poczytać tu, tu i tu.
Kawałeczek dekupażowej galerii:

Stół ogrodowy, który dwukrotnie zmieniał twarz (czyt. blat), aż niestety ze wszystkim umarł (sorry, taki mamy klimat ;))

Wieszaczki na klucze, obecnie w domu moich rodziców. 

Trochę niecodzienne polącznie scrapbookingu (którego dopiero się uczę) i dekupażu. 
Jeśli ktoś miałby ochotę obejrzeć dzieło na żywo, zapraszam do saloniku w Łomży na Dwornej, opisanego w "Bluszczu prowincjonalnym". :)

Tego póki co mi nie odebrano, czyli nadal mam. ;)

Na górnych skrzyneczkach jest powieściowy Wartembork, czyli Barczewo, skrzynkę z elfami dostała pewna mała dziewczynka, różowe pudełko wymieniłam (na forumowej wymiance) na kolczyki i zakładkę. 

Po prawej butelka na nalewkę, niżej dzban - w miarę wierna kopia innego, który dawno temu należał do mojej babci.
Taca, herbaciarka i podkładki to prezent dla pewnej sympatycznej pani, a komplet z misiami dla mojego siostrzeńca. Jego mamie i tacie zawdzięczamy wątki weterynaryjne w "Bluszczu prowincjonalnym".


6. Został ogród...
I na razie poczeka na osobny wpis. Aż wszystko podrośnie, zakwitnie, zaowocuje jak należy. Wtedy zaproszę na spacer do wszystkich jego zakątków. 






środa, 4 czerwca 2014

Kim jesteś, mój Czytelniku?

To pytanie pojawiło się wśród wielu innych, zadanych mi przez czytelników bloga Naili

Magdalena Basseville Lipka (jeśli to czyta, serdecznie pozdrawiam :)) zapytała: 
"Jaki jest (jeżeli jest) Pani wyimaginowany czytelnik? Ktoś kiedyś napisał, "nie da się pisać dla nikogo, kogoś zawsze trzeba sobie wyobrazić". Kogo Pani sobie wyobraża, gdy pisze Pani nową książkę?"

Odpowiedziałam tak:
Przyznam, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Piszę tak, jak sama chciałabym czytać, więc może ten czytelnik powinien być w jakiś sposób podobny w upodobaniach czytelniczych do mnie? Jeśli to prawda, z pewnością lubi być zaskakiwany, nie lubi schematów, ani posługiwania się stereotypami. Uwielbia jeszcze długo po skończeniu książki głowić się nad sensem niektórych wątków. Chce być głaskany słowami i nie jest zadowolony, gdy po odłożeniu lektury nie zostaje w nim nic, prócz zepsutego samopoczucia. 

 Już po opublikowaniu wywiadu naszła mnie myśl, że może powinnam  nad tym mocniej się zastanowić? I już dawno temu zapytać:

Kim jesteś, mój Czytelniku?

Bo przecież to oczywiste, że prócz tego, że dla siebie, piszę przede wszystkim dla "kogoś"! :)
Pytanie, dla kogo konkretnie?
Postanowiłam zacząć od sprawdzenia, po jakie inne lektury sięgają moi czytelnicy - które im się podobają, a które wprost przeciwnie, dlatego zajrzałam do ich internetowej biblioteczki na Lubimy czytać

Nie zdołałam oczywiście przejrzeć wszystkich internetowych półek, porównałam tylko kilka - tych czytelników, którym moje powieści się podobały, i tych, którym nie bardzo. 

Przejrzałam też mój profil autorski na facebooku,
i zerknęłam do recenzji na blogach, oraz portalach internetowych.

To pomogło mi mniej więcej określić, kim jest mój czytelnik, co dało przyjemne poczucie, że nie piszę "dla nikogo". ;)



Dlatego myślę, że mój Czytelnik:
(słowo "czytelnik" jest rodzaju męskiego, jednak dalej dla wygody będę umownie używać tej formy zakładając, że dotyczy obu płci)

1. Kiedyś (po wydaniu pierwszej powieści) był kobietą, ale po premierze "Tajemnic Luizy Bein" nie ma wyraźnie określonej płci. 

2. Nie ma też określonego wieku, jednak ze względu na pojawiające się, głównie w ostatniej powieści, "te tematy", raczej 16+, choć mam sygnały, że czytelnicy bywają młodsi.

3. W dzieciństwie zaczytywał się w powieściach przygodowych: Z. Nienackiego, E. Niziurskiego, K. Boglar, A. Bahdaja, K. Makuszyńskiego i innych podobnego typu, gdzie z zapartym tchem śledził losy bohaterów, nierzadko zarywając noc i niszcząc sobie wzrok ukrytą pod kołdrą latarką. Sięgał też chętnie po książki M. Musierowicz, czy K. Siesickiej, zależnie od nastroju i aktualnego stanu emocjonalnego.

4. Jest bystry i inteligentny. Liczy, że autor o tym pamięta i  nie będzie tłumaczył mu rzeczy absolutnie oczywistych (sama bardzo tego nie lubię. ;)). 

5. Oczekuje też, że lektura prócz oczywistej rozrywki zapewni mu coś ponad to: poszerzy jego horyzonty, wzbogaci język, dostarczy nowych informacji i skłoni do dalszych poszukiwań.

6. Lubi, gdy dużo się dzieje. Nie przeszkadza mu mnogość wątków pobocznych, bohaterów, zdarzeń, ani ich zapętlenie. Byleby miało sens, i finalnie dało się sprawnie rozplątać.

7. Chce być nieustannie zaskakiwany, uwielbia zagadki i niespodzianki. Nudzi go przewidywalność i posługiwanie się stereotypami.

8. Jest zadowolony, gdy może podążać tropem fabularnym razem z bohaterami, czasem wyprzedzać ich o krok, a czasem zostawiać nieco w tyle po to, by się chwilę zastanowić. Nie przeszkadza mu,  (a nawet czasem woli), jeśli nie uda mu się pierwszemu rozwikłać zagadki, ani przewidzieć zakończenia.

9. Oczekuje, że przeczytana książka zostawi w jego głowie "coś". Spowoduje, że będzie się jeszcze chwilę zastanawiać, analizując wydarzenia przedstawione wcześniej, i ich wpływ na to, co potem. Czasem gnany ciekawością będzie wpisywać w wyszukiwarkę internetową wszelakie hasła ( nazwiska, miejsca, pojęcia), by się przekonać, co jest prawdą, a co fikcją literacką.

Mam nadzieję, a właściwie mocno w to wierzę, że moje książki, spełniają te oczekiwania. 
Jeśli zatem ktoś odnalazł siebie w powyższej charakterystyce, zapraszam do sprawdzenia, czy rzeczywiście tak jest. Czy udało mi się właściwie scharakteryzować mojego obecnego czytelnika, i zaspokoić oczekiwania przyszłego, gdy sięgnie po którąś z moich powieści. ;)