Wpadły do mnie w ostatnim dniu wakacji, południowym i północnym wiatrem, (zresztą same jak wicherki, co widać na zdjęciach) fantastyczne pisarki. To był krótki, ale intensywny czas, którym w maleńkiej części dzielę się z Wami. W maleńkiej, ponieważ spotkanie miało charakter wyłącznie prywatny, więc naturalnie nie pokażę wszystkiego ;), a jedynie to, co już sobie za przyzwoleniem wszystkich zainteresowanych hula na facebooku.
Zdjęcia, które mówią same za siebie.
Na spacerze. W tle - jezioro Orzyc w Zalesiu (fot. M. Warda)
Po licznych wyjazdach i tułaniu się po miejscach mniej lub bardziej (ze zdecydowanym wskazaniem na bardziej) przyjemnych, nadszedł czas powrotu do pracy, domowej rzeczywistości i... mojego osobistego raju, bo przecież nie samą pracą człowiek żyje.
Można też zawsze jedno i drugie pożytecznie połączyć, bo podobno bujanie ogromnie pozytywnie wpływa na pracę mózgu i pomaga w koncentracji, więc z zapałem i codziennie bujam się! :)
Tytuł posta nie będzie kontrowersyjny, jeśli skojarzony zostanie z popularnym (pysznym zresztą) drinkiem z palemką. Będzie, jeśli zostanie potraktowany dosłownie, w pełnym wszystkich trzech słów znaczeniu, wprost i bez ogródek. I właśnie w tej drugiej, duuużo mniej pruderyjnej wersji znaleźć go można w jednej z moich powieści, ale... mimo to nie w takiej postaci, jak mogłaby być widziana owa, hmm... sytuacja, którą to został obalony pewien mit.
W każdym miasteczku najciekawsze są miejsca, gdzie rzadko docierają turyści, czyli ciasne uliczki, gdzie suszy się pranie, cudze podwórka i otwarte okna przez które ucieka zapach jedzenia i dźwięki rozmów. Kwintesencja lokalnego klimatu. Coś fantastycznego...
To dlatego bohaterki "Sekretu zegarmistrza" zwiedzają prowansalskie zaułki zamiast głównej promenady pełnej kramów z pamiątkami. Sama zawsze zwiedzam podobnie. :)
I gdy grzeje zbyt mocno, człowiek w końcu szuka cienia. Dokładnie tak, jak te owieczki, które jakby nie dostrzegały, że słoneczko dalej przypala im ... ogonki. ;)
Zrobione przypadkiem, w trakcie przejazdu skądś dokądś, na przydrożnym parkingu w Słowenii. W tym roku będę przejeżdżać w pobliżu tego miejsca, dlatego sobie o nim przypomniałam. Również dlatego, że coś ważnego mi uświadomiło.
Tak mi się śpiewa mimowolnie, bo wakacje coraz bliżej, moje również, dlatego odliczam niecierpliwie dni!
Wśród zdjęć z poprzednich wyjazdów znalazłam takie, które idealnie pasuje mi do nastroju. Morze, plaża i potężny, ale ciepluteńki wiatr wzbijający spienione kołtuny na kilka metrów w górę. Coś fantastycznego!
Moim wakacyjnym wspomnieniem sprzed kilku lat podzieliłam się uczciwie również z bohaterkami "Sekretu zegarmistrza". Takie właśnie było morze w Nicei w lipcu 2007 roku:
Wczoraj polecałam wakacyjne czytanie, dziś trochę przewrotnie przypominam o audiobookach. Na razie tylko (lub "aż") wydane zostały w takiej formie "Tajemnice Luizy Bein" i "Kołysanka dla Rosalie", dostępne m.in. w Empikach, Matrasach i na aros.pl - tu tylko do 12 czerwca w dużej promocji.
Bo lubię, i to bardzo. :) Może dlatego, że właśnie w czerwcu przyszłam na świat? Albo dlatego, że wtedy tak miło się czeka na wszystko co wyrasta, dojrzewa i za chwilę będzie ogromnie smaczne. Truskawki, czereśnie, poziomki, jagody; sałatę, rzodkiewki, szczypiorek i całą resztę. Czeka się też na wakacje, bo wtedy jest więcej czasu na rzeczy, które się chce, a nie musi. Na przykład jest czas na czytanie bez ograniczeń, w dowolnym czasie, nie tylko przed snem, kilkadziesiąt wyrwanych z późnego wieczoru minut, zanim oczy same zamkną się ze zmęczenia.
Może ze względu na to wszystko większość moich książek zaczyna się w czerwcu, tuż przed, albo na samym początku wakacji. A najbardziej czerwcowy i wakacyjny jest "Sekret zegarmistrza", w którym Lena pije kompot z czereśni i z utęsknieniem czeka na pierwsze papierówki, a Honorata robi konfiturę fiołkową z ostatnich fiołków kwitnących przy werandzie. Czerwcowa jest też jego druga część, która rozpoczyna się puszczaniem wianków w nurt Biebrzy w Noc Świętojańską.
Dlatego zawsze pytana przez czytelników, którą z moich książek polecam na wakacje, zawsze w pierwszej kolejności wymieniam "Sekret zegarmistrza", dzięki któremu zwiedzicie z jego bohaterami nie tylko cudowne, swojskie Podlasie, ale i pachnącą lawendą i fiołkami Prowansję.
Powoli się klarują, właściwie kolejne, bo wcześniejsze trzeba było przełożyć na inny, lepszy czas. Do niedawna miałam jechać tam, gdzie potoczy się akcja mojej kolejnej książki, jednak okazało się, że nie mogę, ponieważ muszę zostać ze względu na tę, którą piszę teraz. Tak się jakoś poskładało, poprzesuwało w czasie i namieszało, że wyszło jak chciało. ;) Widać tak miało być, a z efektu jestem zadowolona i nie mogę się go doczekać.
O krześle pisałam na blogu jakiś czas temu (klik).
Przyjechało do mnie kilka lat temu z Francji, razem z ponad stuletnią Biblią, tą, która stała się zapalnikiem i jednym z głównych elementów fabularnych w "Tajemnicach Luizy Bein".
Krzesło należało do Dziadka Bruna. Zobaczyłam je po raz pierwszy wtedy, gdy pierwszy raz miałam okazję zobaczyć dom Dziadka w niewielkim Tergnier w północno – wschodniej Francji. Zapytałam wtedy, ile może mieć lat, na co Dziadek wzruszył tylko ramionami i odparł: „Nie mam pojęcia, kiedy wprowadziłem się do tego domu z moimi rodzicami, już tu było.”
Z tego między innymi słynie prowansalskie miasteczko Biot.
W 1956 roku niejaki Eloi Monod wynalazł szkło z zatopionymi w nim pęcherzykami powietrza i zrobił z tego jego największą zaletę, bo wcześniej uznawano to za defekt. Moim skromnym zdaniem niesłusznie, bo szkło pełne bąbelków jest absolutnie cudowne!
Zawartość paczuszki do obejrzenia na ostatnim zdjęciu. ;)
Szklaną manufakturę La Verrerie de Biot odwiedziłam po raz pierwszy w 2007 roku, i tak jak do Vallauris, trafiłam tam przypadkowo, bo szukając hotelu z wolnymi miejscami noclegowymi. Wtedy właśnie przyrzekłam sobie solennie dwie bardzo ważne rzeczy: że nigdy więcej nie wybiorę się na Lazurowe Wybrzeże bez rezerwacji w hotelu, i że na to Lazurowe Wybrzeże z pewnością kiedyś wrócę, przede wszystkim do Biot i do Vallairis.
Nie miałam jednak jeszcze wówczas pojęcia, że wrócę tam już po 7 latach w większym niż ostatnio towarzystwie, bo z bohaterkami "Sekretu zegarmistrza". W 2007 roku nie wiedziałam też jeszcze że w 2012 roku zostanie wydana moja pierwsza powieść. Ba! Nie sądziłam wtedy nawet, że ją napiszę.
Zanim dowiemy się, kto wygra konkurs z "Sekretem zegarmistrza" i spędzi cudowny tydzień na Lazurowym Wybrzeżu, oraz trochę na przekór zimie, która niespodziewanie wróciła, zapraszam do słonecznej, pachnącej lawendą Prowansji...
Prowansję po raz pierwszy zobaczyłam 9 lat temu, i wtedy zauroczyły mnie przede wszystkim dwa maleńkie prowansalskie miasteczka - Vallauris i Biot. Postanowiłam, że z pewnością kiedyś tam wrócę...
Czekały na mnie 7 lat. Pojechałam tam jednak nie tylko po to, by je po prostu zobaczyć, ale też przypomnieć sobie ich klimat i przenieść go do "Sekretu zegarmistrza".
Oficjalne wyniki konkursu z bohaterami "Kołysanki dla Rosalie" zostały ogłoszone!
Główną nagrodę – weekendowy pobyt dla dwóch osób w ZALESIE MAZURY ACTIVE SPA nad jeziorem Orzyc, oraz zestaw książek Wydawnictwa "Nasza Księgarnia" – otrzymuje Pani Lidia Stefek.
Gratuluję!
Tymczasem...
Po bardzo intensywnych i pracowitych miesiącach (o tym więcej niebawem), nadeszła pora na wakacyjny wypoczynek. :)
Zapraszam na obiecany dłuuugi spacer po moim ogrodzie!
A w szklarni...
Jeżyna
Niepozorna roślinka, z której jestem bardzo dumna. Słodka stewia.
Pora na Ballenberg. Szwajcarski skansen nieopodal Brienz, w którym...
Ups, myślę, że to, co się tam zdarzyło się powinnam pominąć dyskretnym milczeniem.
Dlaczego, wiedzą tylko ci, którzy już przeczytali "Tajemnice Luizy Bein".
Pewnie nie będą też mieli problemu, by odnaleźć pośród zamieszczonych tutaj zdjęć te, które bezpośrednio dotyczą fabuły.
Mam też jednak nadzieję, że te same zdjęcia zachęcą niezdecydowanych do lektury mojej powieści. ;)
Niesamowite uczucie wrócić w to samo miejsce po 9 latach. :)
Dociekliwi pewnie zwrócili uwagę, że na zdjęciach nie zostało uwiecznione MIEJSCE gdzie... (nie, oczywiście, że nie zdradzę, co tam się zdarzyło). ;)
Niestety, w momencie kiedy byłam w Ballenbergu TO MIEJSCE było pechowo niedostępne dla zwiedzających.
Po namyśle jednak doszłam do wniosku, że może to dobrze?
Pokazując je mogłabym za dużo ujawnić.
Jednak gdyby ktoś jednak bardzo, bardzo chciał zobaczyć TO MIEJSCE,
może to zrobić.
Jest widoczne na filmiku poniżej, min 6.25.
Do wywiadu zostały wplecione krótkie kadry filmowe z mojego poprzedniego pobytu w Szwajcarii, 9 lat temu.
A już w kolejnym wpisie pojawi się wreszcie również widoczne w filmiku Barczewo, czyli powieściowy Wartembork.