Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarnie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 lipca 2016

Daj się przekonać!

Tak brzmi nazwa jednego z koktajli, o których postanowiłam dziś napisać. 

Wybrałam go, ponieważ chciałabym Was przekonać do ich picia. "Koktajle"  dla zdrowia, urody, dobrego samopoczucia i wielu innych powodów, które zostały ułożone w rozdziały w trzech tomach przepisów autorstwa Katarzyny Błażejewskiej-Stuhr. 

Autorka jest dietetykiem klinicznym i psychodietetykiem i to był główny powód (zaufanie do kompetencji profesjonalistki), dla którego wybrałam właśnie tę, a nie inną pozycję (bo podobnych znalazłam więcej), gdy postanowiłam zrezygnować z aptecznych suplementów diety, ponieważ dla mnie równie ważny jak smak jest  cel, dla którego piję koktajl. 

piątek, 24 czerwca 2016

Jedzmy kwiatki i konfiturę z fiołków!

Jeśli ktoś przeczytał "Sekret zegarmistrza", wie, jak ważną rolę odgrywa w powieści konfitura z fiołków. Nie mogę oczywiście zdradzić jaką.;) Mogłabym za to spróbować opisać jej smak, jednak niewiele znajduję przymiotników, by go właściwie określić. 

To samo dotyczy lodów fiołkowych, których można skosztować w Prowansji. Fioletowe i słodkie - te określenia będą chyba najwłaściwsze.

środa, 23 marca 2016

Podlaskie menu wielkanocne

Wbrew pozorom nie różni się zbyt mocno od tego w pozostałej części Polski, a przynajmniej od warmińskiego, wielkopolskiego i śląskiego, bo te ze względów rodzinnych obecnie mieszają się ze sobą w mojej kuchni. 


czwartek, 3 marca 2016

Podlasie od kuchni

"Kuchnię podlaską uważa się za jedną z najsmaczniejszych regionalnych kuchni w Polsce. (...) Mimo że niezbyt urozmaicona, jest też niezmiernie ciekawa przez wielokulturowość, która ją ukształtowała, oraz pietyzm, z jakim owiane wieloletnią tajemnicą przepisy podlaskich gospodyń skrzętnie przekazywane są z pokolenia na pokolenie tylko członkom najbliższej rodziny. Na Podlasiu przez stulecia nakładały się na siebie wpływy kuchni polskiej, litewskiej, białoruskiej, żydowskiej i tatarskiej. Obecnie łączy je przede wszystkim jedno – przygotowanie niemal każdego z podlaskich przysmaków jest niezwykle czaso- i pracochłonne. Wszystkie receptury wymagają również szczególnej cierpliwości i staranności wykonania. Na szczęście istnieje też kilka potraw, które (głównie dzięki pewnym trickom i możliwości korzystania z dobrodziejstw, jakimi są współczesne urządzenia kuchenne) da się przygotować nieco szybciej."*

A krojenie cebuli wygląda tak...
Trików używam, podobnie jak dobrodziejstw kuchennej techniki, jednak to podlaskie potrawy przygotowuję niezmiernie rzadko. Bo prawda jest taka, że mimo to trzeba urobić się przy nich po łokcie, właściwie przy każdej. To jest właściwie najważniejsza cecha kuchni podlaskiej, i wcale nieprzypadkowa. W ten sposób podlaskie gospodynie okazują słynną podlaską gościnność. Ich zapełnionym apetycznymi daniami półmiskom towarzyszy skierowany do gościa jasny przekaz: "popatrz jak się napracowałam, zrobiłam to specjalnie dla ciebie, ponieważ chcę cię ugościć tak, być opowiadał o tym nawet swoim wnukom" ;) I nie ma w tym żadnej przesady. Te potrawy przygotowywane są z ogromnym poświęceniem i przekonaniem, że korzystanie z elektrycznych urządzeń wpłynie niekorzystnie na jakość potraw. 

środa, 2 marca 2016

Smacznego!

Ostatnio przy kilku różnych okazjach ujawniłam moje osobliwe zamiłowanie do porządku i nieskromnie pochwaliłam się zdolnościami kulinarnymi.
Wczoraj natomiast odkryłam, że ktoś wszedł na mój blog wpisując w wyszukiwarkę słowa: "kuchnia Renaty jak sprzątać". ;) Nie wiem, czym się kierował autor i czego poszukiwał, ale uznałam, że może rzeczywiście to jest dobry moment, by temat kulinariów rozwinąć (bo sprzątaniu opowiem może innym razem :P). Również dlatego, że to ciągle gdzieś to koło mnie krąży i dopomina się o głos, przy każdej niemal okazji. Nawet podczas Festiwalu Literatury Kobiet w Siedlcach moje najbardziej udane zdjęcia to te nad garnkami, w trakcie panelu o kulinariach w literaturze.  ;)

sobota, 31 października 2015

Pora nadrobić zaległości. :)

Bardzo długo mnie tu nie było i ogromnie kusi mnie, by wyjawić powód... Niestety na to trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. ;) Zdradzę jedynie tyle, że moja nieobecność na blogu nie oznacza wcale tego, że nic się u mnie nie dzieje. Dzieje się, w dodatku chyba tak wiele, jak nigdy dotąd! :)

Zanim jednak podzielę się tym, co najważniejsze (mam na myśli obiecywane w poprzednim wpisie zmiany), garść innych, również ciekawych wiadomości.
Dziś pierwsza - krótka relacja z siedleckiego Festiwalu Literatury Kobiet "Pióro i Pazur. Szczegóły, czyli przede wszystkim lista tegorocznych laureatek do zobaczenia i poczytania na stronie festiwalu.

Ode mnie - kilka dodatkowych zdjęć:

Na początek szczypta apetycznej magii - słodkiej, bo w kociołku bulgocze czekoladowy sos.
"Apetyt na literaturę" miałam przyjemność prowadzić z Manulą Kalicką. 
Rozmawiałyśmy o literaturze, czytałyśmy stosowne "apetyczne" fragmenty, trochę gotowałyśmy, częstowałyśmy i zbierałyśmy komplementy - Manula za pyszną wytrawną kaponatę, ja za banany w czekoladzie, pesto i śliwkowo - czekoladowe smarowidło.. ;)


fot. Aga Król
... i mój tajny składnik... (chyba nikt nie patrzy ;))

niedziela, 5 lipca 2015

Letnio, upalnie, leniwie...

Konkurs z nagrodą w postacie weekendowego pobytu w Zalesie Mazury Active SPA został zakończony.
Wyniki będą ogłoszone 15 lipca na stronach Wydawnictwa Nasza Księgarnia i moim profilu facebook.

Powinnam z tej okazji przygotować kolejny post na blogu, jednak upały nie skłaniają do tkwienia przy komputerze. Dlatego tym razem krótko przypomnę jeden ze starszych wpisów, idealny chyba na obecne temperatury.


Zachęcam do wypróbowania. :)


Tym razem krótko, za to kolejny post już niebawem.
Oczywiście ze względu na czas znów letnio - wakacyjny, jednak tym razem zaproszę Was znacznie bliżej, bo na spacer do mojego ogrodu.



wtorek, 30 lipca 2013

O tym, jak w kilkanaście minut przyrządzić pyszny, orzeźwiający chłodnik litewski…


... dokładnie ten sam,

który w "Bluszczu prowincjonalnym" przyrządza Anna.


Dziś też miały być ziemniaki i orzeźwiający chłodnik litewski z prawdziwego zsiadłego mleka. Idealny na doskwierający upał. 
Anna umyła przyniesioną z ogrodu botwinę i podgotowała ją w niewielkiej ilości wody. W międzyczasie posiekała zieleninę, ogórki, rzodkiewkę, a potem ugotowała kilka jajek na twardo. W dużym, glinianym garnku wymieszała starannie wszystkie składniki, by w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wrócić na werandę...

  
Przepis na chłodnik litewski, zamieszczony na końcu książki:

Szybkość jego przygotowania zależy przede wszystkim od głównego składnika – czyli wywaru buraczanego. A można przygotować go na trzy różne sposoby. 

Pierwszy – dla cierpliwych entuzjastów zdrowego odżywiania: siekamy boćwinę łodygową lub po prostu botwinę (najlepiej taką świeżo wyrwaną z ogródka), a trzy średnie buraczki ścieramy grubo na tarce. Jedno i drugie gotujemy w trzech szklankach wody, z jednym listkiem laurowym, dwoma ziarenkami ziela angielskiego i trzema pieprzu. Doprawiamy solą, octem i cukrem według własnego uznania i smaku. 

Drugi – dla znacznie mniej cierpliwych entuzjastów zdrowego odżywiania: kupujemy gotowy sok z buraków w butelce lub kartonie, doprawiamy go odpowiednio – solą, cukrem i octem. Jeśli nie był wcześniej pasteryzowany, zagotowujemy. 

Trzeci – wyłącznie dla zuchwałych: kupujemy dwie torebki barszczu w proszku i rozpuszczamy go w dwóch szklankach gorącej wody.

Wszystkie z wymienionych sposobów ma łączyć jedno – wywar musi być mocny, esencjonalny, a jego smak może, a nawet powinien powodować lekkie łzawienie oczu. Musi też być dobrze schłodzony. Wówczas przelewamy go do odpowiedniego naczynia, najlepiej glinianego lub szklanego, i mieszamy z dwoma litrami maślanki, ewentualnie kefiru, zsiadłego mleka lub jogurtu naturalnego, bądź też ich mieszaniną. Jeżeli ktoś woli, by chłodnik miał bardziej kremową konsystencję, może dodać kubek jogurtu greckiego, który bywa tak gęsty, że można go niemal pokroić w plasterki. 
Potem przystępujemy do siekania szczypiorku i koperku – po jednym pęczku. Ścieramy na tarce o grubych oczkach rzodkiewkę i świeży ogórek. Wszystko to wrzucamy do chłodnika. Są to tradycyjne dodatki, ale jeżeli chcemy pochwalić się swoją kulinarną kreatywnością i zrobić wrażenie na gościach, do zupy można dodać na przykład pokrojone (w słupki lub kostkę) awokado, liście ogórecznika, młodej pokrzywy lub mniszka lekarskiego, rzeżuchę, roszponkę, ewentualnie rukolę, jednak w przypadku tej ostatniej nie warto przesadzać, ponieważ bywa dominująca w smaku. Chłodnik podajemy z jajem ugotowanym na twardo. Na Podlasiu jednak najczęściej zjada się go z ziemniakami. Ugotowane w całości i bardzo gorące, należy położyć na brzegu talerza z zimnym chłodnikiem.



Smacznego! :)

czwartek, 21 marca 2013

Zapraszam na wycieczkę do Łomży...

Oczywiście razem z Anką Radecką i pozostalymi bohaterami "Bluszczu prowincjonalnego". :)




 


Pierwsze zdjęcie jest ciekawostką. Pisząc powieść wiedziałam, że łomżyńskie kwiaciarki kładą  często na kolanach Hanki  kwiaty. Postanowiłam, że w mojej książce będą to goździki. Kiedy gotowy "Bluszcz prowincjonalny" był już niemal w druku, pojechałam do Łomży, żeby zrobić Hance zdjęcie. Spójrzcie tylko, co artystka miała na kolanach! :)   Poniżej fragmenty książki, które ilustrują zdjecia:


 ...udali się w kierunku ulicy Farnej, zmierzając wprost do ławeczki, na której od kilku lat gościła odlana z brązu Hanka Bielicka. Jak zwykle, na kolanach słynnej Łomżynianki leżał bukiet świeżych kwiatów, tym razem były to kolorowe goździki.
Arturek  wspiął się na ławkę, zasiadł wygodnie i mrużąc z zadowoleniem oczy, lizał rozpływające się już powoli lody. Anna zerknęła ze strachem na śmietanową strugę płynącą wzdłuż jego łokcia, zastanawiając się, czy może zaproponować mu użycie chusteczki. Wyciągnęła na wszelki wypadek kilka z torebki, po czym zagadnęła chłopca.
- Myślę, że jakbyś się troszkę przesunął, to może i ja bym się zmieściła na tej ławeczce.
            Arturek nie przerywając lizania zerknął najpierw na nią, a potem zadarł głowę i spojrzał wprost w osłonięte rondem kapelusza brązowe oczy Hanki.
- Posuń się – warknął w kierunku zastygłej w brązie artystki, wprawiając Annę w kompletne osłupienie...




W drodze na parking Anna ze zdumieniem odkryła, że przy ulicy Długiej nadal istnieje maleńki sklep papierniczy, w którym przed każdym wrześniem robiła z mamą szkolne zakupy, z namaszczeniem wybierając ołówki, wąchając wściekle różowe gumki chińskie i negocjując zakup nowego piórnika zapinanego na magnes. Zatrzymała się przed wejściem, ponieważ widok księgarni spowodował, że wpadła na pewien pomysł.

                                              
- Poczekacie tu na mnie chwilę? – spytała, wchodząc już po schodkach.
 Dzieci pokiwały głowami i usadowiły się na jednej z pobliskich ławek. Amelia spojrzała z zachwytem w kierunku znajdującego się nieopodal, niezwykle wykwintnego gmachu biblioteki miejskiej, który jaśniał pośród innych pastelowymi kolorami – gołębim i pudroworóżowym.

- Wygląda tak, że ma się ochotę nałożyć go do pucharka, ozdobić bitą śmietaną i zjeść – podsumowała, czując zapewne
jeszcze na języku smak zjedzonych właśnie lodów.





Włożyła kluczyki do kieszeni i pomaszerowała w kierunku Krzywego Koła. Po minucie stanęła u szczytu ponad stuletnich Kamiennych Schodów. Zaczęła powoli schodzić, trzymając się metalowej poręczy. Po chwili zatrzymała się i przysiadła na jednym ze stopni. 


Ogarnęła wzrokiem rozpościerającą się przed nią przestrzeń, widoczne ze wzgórza Rybaki, kawałek ulicy Żydowskiej i soczystą zieleń doliny Narwi, w całej okazałości.




 Pół godziny później Anna parkowała swoje auto w miejscu dawnego dworca PKS. Kilkaset metrów dalej zaczynała się ulica Dworna, a już na jej początku oczom kobiety ukazał się duży szyld z napisem: Danaberia Bra. Salonik Biustonoszy. Zaśmiała się pod nosem nieco rozbawiona i przyśpieszyła kroku.




Mam nadzieję, że wycieczka była ciekawa?
Następny etep to Brzostowo i drewniana chatka wujostwa.
Zapraszam już za dwa tygodnie :)


wtorek, 29 stycznia 2013

Najpiękniejszy zapach na świecie...

"Bluszcz prowincjonalny" tonie w zapachach.


Moje słowa potwierdzają niemal w 100% czytelniczki recenzujące powieść.

"Bluszcz prowincjonalny" pachnie piwoniami, pomidorami zerwanymi prosto z krzaka, ziołami, poziomkami, jagodami, żurawiną, kawą, szarlotką, sękaczem, drożdżówkami, plackiem śliwkowym, pampuchami,  kartaczami, rejbakiem, smażoną cebulką i boczkiem, oraz wieloma innymi rzeczami, których nie sposób wymienić.

"Bluszcz prowincjonalny" pachnie domem.

I to jest właśnie najpiękniejszy zapach na świecie.

Jest jednak jeszcze jeden, który kojarzy się tak samo. Pachnie domem, poczuciem bezpieczeństwa, wyzwala w człowieku wszystko to, co w nim najlepsze, tylko to, co pozytywne, nastraja optymistycznie i uspokaja.

Zapach świeżego chleba.

Jedyny, który nie pojawia się w powieści, ponieważ jest sam w sobie zbyt oczywisty i jednoznaczny.
Nie mogłabym go jednak pominąć, ponieważ jest to zapach, który w moim domu pojawia się codziennie... no może co drugi dzień. Piekę chleb od 14 lat. I ponieważ nie udostępniłam mojego przepisu w książce, postanowiłam zrobić to tutaj.
Przepis jest niezwykle prosty, pewny, sprawdzony (14 lat prób i błędów ;)).


A mój chleb wygląda tak:



Jest to chleb na zakwasie, jednak to tylko brzmi nieco przerażająco i skomplikowanie,
w rzeczywistości takie nie jest :)
Zatem najpierw robimy zakwas:

1. Dzień - Należy zmieszać 1/2 szkl. mąki żytniej z przegotowaną wodą i łyżeczką cukru tak, by uzyskać konsystencję gęstej śmietany. Odstawić w ciepłe miejsce
2. Dzień - Dodajemy 3 łyżki mąki żytniej i tyle wody, by zachować konsystencję. Odstawiamy w ciepłe miejsce.
3. Dzień. - Jak wyżej. Zakwas przez ten czas rośnie (potem jednak opada i to jest normalne zjawisko). Pojawiają się bąbelki. Naczynie musi być wysokie, bo może kipieć.
4. Dzień - Pieczemy chleb.
5. Resztę zakwasu zachować, przyda się do pieczenia kolejnych chlebów. Jeśli będzie przechowywany w temp. pokojowej, należy go dokarmiać codziennie jak w p. 2. Jeśli go uśpimy wstawiając do lodówki, należy go karmić (patrz p.2) co 7 dni. Przed pieczeniem należy zakwas zawsze wyjąć z lodówki, nakarmić i pozwolić mu pojeść i się ogrzać przez minimum 4 godziny.

Przepis na chleb żytni na zakwasie. 🍞
Bardzo klasyczny, zwyczajny, powszedni i dla każdego. 😊
Uwaga! Składniki podaję w mililitrach i łyżkach, bo tak jest prościej niż ważyć. 
Jeżeli ktoś nie ma miarki, odmierza szklanką, która z reguły ma 250 ml
Składniki:
  • 1000 ml (to dużo mniej niż kilogram!) mąki żytniej typ 720
  • 300 ml mąki pszennej typ 650
  • 5 łyżek czynnego zakwasu (czyli takiego, który został nakarmiony i stał kilka godzin w temperaturze pokojowej, pracuje i ma bąbelki)
  • 3 łyżki oleju
  • 2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka suchych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 350 ml ciepłej wody
Wersja bez maszyny: składniki w podanej kolejności wrzucamy do miski i mieszamy na gładko mikserem z końcówkami w kształcie świderków.
Ciasto przekładamy do blaszki wysmarowanej olejem i/lub wyłożonej papierem do pieczenia, przykrywamy ściereczką i czekamy, aż zwiększy objętość przynajmniej dwukrotnie. Na wierzchu należy zrobić kilka nacięć ostrym nożem (bo prawdopodobnie i tak pęknie).
Piec w temperaturze 220 st bez termoobiegu lub 180 z termoobiegiem, ok 40-45 minut, do zrumienienia. Do piekarnika wstawiamy też (obok lub niżej) naczynie z gorącą wodą.
Wersja z maszyną: wrzucić wszystko do foremki i nastawić program do wyrabiania ciasta drożdżowego ( w lilowej 6). Kiedy skończy wyjąć mieszadła i włączyć program do pieczenia z przyciskiem dodatkowego zrumienienia skórki (w lidlowej 12).
UWAGI:
  1. 1. Można zmieniać proporcje i typy mąk, jedną lub obie wymienić na razowe, ważne jest tylko, by zawsze zostało minimum 150 ml pszennej (zwykłej lub razowej), bo sama żytnia chleba nie dźwignie i nie wyrośnie.
  2. 2. Jeżeli pieczemy chleb razowy, warto dodać łyżeczkę miodu, da to fajnie chrupiącą skórkę.
  3. 3. Można dodać nieco więcej mąki, zagnieść ciasto ręcznie i uformować owalny bochenek albo bułeczki.
  4. 4. Można oczywiście dodać do ciasta dowolne ziarenka - słonecznik, dynię, czarnuszkę, siemię lniane itp. Uwaga! Dodanie płatków owsianych spowoduje, że chleb będzie się bardzo kruszył i na kanapki do szkoły/pracy może się nie sprawdzić.
  5. 5. Jeżeli ktoś zamierza piec chleb często, warto zamówić przez internet drożdże piekarskie - wychodzi bardziej ekonomicznie, tylko takich drożdży trzeba dodać 2 łyżeczki.
  6. 6. Można też upiec chleb cebulowy - mój ulubiony! Na oleju podsmażyć na złoto 2-3 drobno posiekane cebule. Przestudzoną dodajemy do ciasta (zamiast samego oleju) i dalej postępujemy normalnie. Taki chleb dużo dłużej zachowuje świeżość.
  7. 7. Zakwasu można dodać do chleba więcej, jeżeli ktoś lubi mocniej czuć na języku jego posmak.
  8. 8. Można też upiec chleb na samym zakwasie, bez dodatku drożdży, ale wtedy należy pozostawić ciasto do wyrośnięcia na całą noc. Trzeba też liczyć się z tym, że chleb nie wyrośnie tak, jak na drożdżach i będzie miał bardziej zwartą konsystencję.

Albo:
Jeśli ktoś ma taką maszynę, może w niej upiec babkę drożdżową według przepisu mojej mamy :)
Trzeba tylko wsypać do formy: 2,5 kubka (kubek 300 ml) mąki, 0,5 kubka ciepłego mleka, 0,5 kubka cukru, 4 żółtka, 1/2 kostki "luźniego" (nieroztopionego!) masła, 7g suchych drożdży, cukier waniliowy i ewentualnie ulubiony olejek zapachowy.
W trakcie wyrabiania ciasta można dodać bakalie, ale nie za dużo. Do babki poniżej dodałam garść posiekanych orzeszków solonych i suszonej pigwy.

Zamknąć i włączyć maszynę, nieużywajac funkcji dodatkowego zapiekania skórki.

W trakcie wyrabiania w maszynie można podkraść z niej małą kulkę ciasta, rozetrzeć ją z cukrem, cukrem waniliowym, odrobiną mąki i zapachem cytrynowym, a potem posypać babkę tuż przed pieczeniem.



Smacznego!







piątek, 11 stycznia 2013

Sękacz - słodki przysmak z Podlasia.

Zgodnie z obietnicą, zapraszam na kolejny etap podróży po Podlasiu.

Dziś przystanek kulinarny! :)
Tym razem zatrzymamy się w podłomżyńskiej Piątnicy, a dokładnie w miejscu, gdzie wypieka się prawdziwe podlaskie sękacze.

Dzięki uprzejmości właściciela piekarni, pana Jarosława Kalinowskiego, udało mi się znaleźć w centrum wydarzeń i zrobić dla Was kilka zdjęć ilustrujących, jak powstaje to cudo.




Przepis na sękacz według legend znany był już w średniowieczu. Swoją nazwę zawdzięcza charakterystycznym sękom powstałym podczas jego pieczenia.
Piecze się go nad otwartym ogniem (dziś częściej są to specjalne grzałki), na obracającym się rożnie w kształcie drewnianego wałka. Wałek polewa się kolejnymi zapiekanymi na złoty kolor warstwami ciasta, dzięki czemu w przekroju sękacza widoczne są grubsze warstwy jasnego ciasta przedzielone ciemnymi warstewkami ciasta zrumienionego przez ogień, co przypomina słoje roczne w pniu drzewa.







 Efekt jest równie ciekawy jak smak tego niezwykłego,
niedającego się porównać z żadnym innym wypiekiem.

 
Składniki ciasta od stuleci pozostają te same.
Do wykonania około trzykilogramowego sękacza o wysokości ponad pięćdziesięciu centymetrów potrzebne są: kopa (czyli sześćdziesiąt) jaj, dwa i pół kilograma masła, po tyle samo mąki i cukru oraz mnóstwo czasu i cierpliwości na jego przygotowanie. Na szczęście istnieje też sposób na domową wersję sękacza ze znacznie mniejszej ilości składników (przepis dostępny jest na ostatnich stronach "Bluszczu prowincjonalnego"). Jego smak, choć nie da się go porównać z oryginalną wersją pieczoną na ogniu, jest też zdecydowanie wart poświęconego czasu (oczywiście zgodnie z podlaską tradycją niemałego) na jego przygotowanie.

Ponadto sękacz niezawierający konserwantów, ani nawet jakichkolwiek spulchniaczy, może być z powodzeniem przechowywany w temperaturze pokojowej nawet do dziesięciu tygodni.
 

Gorąco zachęcam do spróbowania!

lub...
Samodzielnego upieczenia domowej wersji sękacza,
przepis dostępny na stronach

"Bluszczu prowincjonalnego". :)



Smacznego! :)

wtorek, 19 czerwca 2012

Przepis na frappe.


Kawa idealna na letnie upały :)

Ta sama, którą piły Gabriela i Julia rozmawiając o kolczykach w nosie, tatuażach, i innych dylematach miotających nastoletnim życiem buntowniczki.

Przepis na kawę oryginalny - grecki, podpatrzony w dość nietypowych okolicznościach przyrody - dosłownie, bo na greckiej plaży, gdzie rzecz się dokonywała na kocyku obok przy pomocy termosu i shakera. Sposób wielokrotnie potem wypróbowany. Kawa wychodzi wyborna.
Zachęcam do wypróbowania!