Ta historia (z dość osobliwym finałem ;) ) zdarzyła się naprawdę w pewnej krakowskiej przychodni weterynaryjnej. :)
Oczywiście została trochę podkoloryzowana dla potrzeb fabuły "Bluszczu prowincjonalnego", fikcyjne są również występujące w niej postacie, ale... nie Tygrysek.
Takie oto pytanie zadała mi jakiś czas temu pewna czytelniczka.
W pierwszej chwili chciałam zaprzeczyć, bo przecież trudno którąkolwiek z moich powieści jednoznacznie położyć na półce z romansami, jednak po bardzo krótkiej chwili namysłu... potwierdziłam. :) Odpowiedziałam, że owszem, moje książki są o miłości.
"Kuchnię podlaską uważa
się za jedną z najsmaczniejszych regionalnych kuchni w Polsce. (...) Mimo że niezbyt urozmaicona, jest też niezmiernie ciekawa przez
wielokulturowość, która ją ukształtowała, oraz pietyzm, z jakim owiane
wieloletnią tajemnicą przepisy podlaskich gospodyń skrzętnie przekazywane są z
pokolenia na pokolenie tylko członkom najbliższej rodziny. Na
Podlasiu przez stulecia nakładały się na siebie wpływy kuchni polskiej, litewskiej,
białoruskiej, żydowskiej i tatarskiej. Obecnie łączy je przede wszystkim jedno
– przygotowanie niemal każdego z podlaskich przysmaków jest niezwykle czaso- i
pracochłonne. Wszystkie receptury wymagają również szczególnej cierpliwości i
staranności wykonania. Na szczęście istnieje też kilka potraw, które (głównie
dzięki pewnym trickom i możliwości korzystania z dobrodziejstw, jakimi są współczesne
urządzenia kuchenne) da się przygotować nieco szybciej."*
A krojenie cebuli wygląda tak...
Trików używam, podobnie jak dobrodziejstw kuchennej techniki, jednak to podlaskie potrawy przygotowuję niezmiernie rzadko. Bo prawda jest taka, że mimo to trzeba urobić się przy nich po łokcie, właściwie przy każdej. To jest właściwie najważniejsza cecha kuchni podlaskiej, i wcale nieprzypadkowa. W ten sposób podlaskie gospodynie okazują słynną podlaską gościnność. Ich zapełnionym apetycznymi daniami półmiskom towarzyszy skierowany do gościa jasny przekaz: "popatrz jak się napracowałam, zrobiłam to specjalnie dla ciebie, ponieważ chcę cię ugościć tak, być opowiadał o tym nawet swoim wnukom" ;) I nie ma w tym żadnej przesady. Te potrawy przygotowywane są z ogromnym poświęceniem i przekonaniem, że korzystanie z elektrycznych urządzeń wpłynie niekorzystnie na jakość potraw.
Powrót, ponieważ zabierałam Was tam już parokrotnie - do Brzostowa, Kiermus,Jedwabnego i Łomży - miejsc, gdzie toczy się akcja "Bluszczu prowincjonalnego".
Tym razem do Bujan (tak!) udamy się z "Sekretem zegarmistrza", w którym to Podlasie jest nieco inne, niż w Bluszczu.
To pytanie pojawiło się wśród wielu innych, zadanych mi przez czytelników bloga Naili.
Magdalena Basseville Lipka (jeśli to czyta, serdecznie pozdrawiam :)) zapytała:
"Jaki jest (jeżeli jest) Pani wyimaginowany czytelnik? Ktoś kiedyś napisał, "nie da się pisać dla nikogo, kogoś zawsze trzeba sobie wyobrazić". Kogo Pani sobie wyobraża, gdy pisze Pani nową książkę?"
Odpowiedziałam tak:
Przyznam, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Piszę tak, jak sama chciałabym czytać, więc może ten czytelnik powinien być w jakiś sposób podobny w upodobaniach czytelniczych do mnie? Jeśli to prawda, z pewnością lubi być zaskakiwany, nie lubi schematów, ani posługiwania się stereotypami. Uwielbia jeszcze długo po skończeniu książki głowić się nad sensem niektórych wątków. Chce być głaskany słowami i nie jest zadowolony, gdy po odłożeniu lektury nie zostaje w nim nic, prócz zepsutego samopoczucia.
Już po opublikowaniu wywiadu naszła mnie myśl, że może powinnam nad tym mocniej się zastanowić? I już dawno temu zapytać:
Kim jesteś, mój Czytelniku?
Bo przecież to oczywiste, że prócz tego, że dla siebie, piszę przede wszystkim dla "kogoś"! :)
Pytanie, dla kogo konkretnie?
Postanowiłam zacząć od sprawdzenia, po jakie inne lektury sięgają moi czytelnicy - które im się podobają, a które wprost przeciwnie, dlatego zajrzałam do ich internetowej biblioteczki na Lubimy czytać
Nie zdołałam oczywiście przejrzeć wszystkich internetowych półek, porównałam tylko kilka - tych czytelników, którym moje powieści się podobały, i tych, którym nie bardzo.
i zerknęłam do recenzji na blogach, oraz portalach internetowych.
To pomogło mi mniej więcej określić, kim jest mój czytelnik, co dało przyjemne poczucie, że nie piszę "dla nikogo". ;)
Dlatego myślę, że mój Czytelnik:
(słowo "czytelnik" jest rodzaju męskiego, jednak dalej dla wygody będę umownie używać tej formy zakładając, że dotyczy obu płci)
1. Kiedyś (po wydaniu pierwszej powieści) był kobietą, ale po premierze "Tajemnic Luizy Bein" nie ma wyraźnie określonej płci.
2. Nie ma też określonego wieku, jednak ze względu na pojawiające się "momenty" raczej 15+, choć mam sygnały, że czytelnicy bywają młodsi.
3. W dzieciństwie zaczytywał się w powieściach przygodowych: Z. Nienackiego, E. Niziurskiego, K. Boglar, A. Bahdaja, K. Makuszyńskiego i innych podobnego typu, gdzie z zapartym tchem śledził losy bohaterów, nierzadko zarywając noc i niszcząc sobie wzrok ukrytą pod kołdrą latarką. Sięgał też chętnie po książki M. Musierowicz, czy K. Siesickiej, zależnie od nastroju i aktualnego stanu emocjonalnego.
4.Jest inteligentny. Lubi myśleć samodzielne, dochodzenie do różnych wniosków bez pomocy innych i do prawdy własnymi ścieżkami sprawia mu przyjemność. Liczy, że autor o tym pamięta i nie będzie tłumaczył mu rzeczy oczywistych, a gdy się z czymś takim spotyka, czuje się wręcz urażony.
5. Oczekuje też, że lektura prócz oczywistej rozrywki zapewni mu coś więcej: poszerzy horyzonty, wzbogaci język, dostarczy nowych informacji i skłoni do dalszych poszukiwań.
6. Lubi, gdy dużo się dzieje. Nie przeszkadza mu mnogość wątków pobocznych, bohaterów, zdarzeń, ani ich zapętlenie. Byleby miało sens, i finalnie dało się sprawnie rozplątać.
7. Chce być nieustannie zaskakiwany, uwielbia zagadki i niespodzianki. Nudzi go przewidywalność, posługiwanie się stereotypami i łatwe do odgadnięcia zakończenia.
8. Nie przepada, gdy w powieści wszystko się kręci wokół wątku romantycznego. Lubi, gdy taki jest, ale chce czegoś więcej niż śledzenie czyichś perypetii miłosnych, dlatego woli, by zostały zgrabnie wplecione w ciekawą fabułę i jej nie przysłaniały. Nie wierzy też, że znalezienie nowej miłości jest lekiem na absolutnie każdy rodzaj problemu, nie zawsze leczy też rany po tej utraconej.
9.. Jest zadowolony, gdy może podążać tropem fabularnym razem z bohaterami, czasem wyprzedzać ich o krok, a czasem zostawiać nieco w tyle po to, by się chwilę zastanowić. Nie przeszkadza mu, (a nawet czasem woli), jeśli nie uda mu się pierwszemu rozwikłać zagadki, ani przewidzieć zakończenia.
10. Oczekuje, że przeczytana książka zostawi w jego głowie "coś". Spowoduje, że będzie się jeszcze chwilę zastanawiać, analizując wydarzenia przedstawione wcześniej, i ich wpływ na to, co potem. Czasem gnany ciekawością będzie wpisywać w wyszukiwarkę internetową wszelakie hasła (nazwiska, miejsca, pojęcia), by się przekonać, co jest prawdą, a co fikcją literacką.
Mam nadzieję, a właściwie mocno w to wierzę, że moje książki, spełniają te oczekiwania.
Jeśli zatem ktoś odnalazł siebie w powyższej charakterystyce, zapraszam do sprawdzenia, czy rzeczywiście tak jest. Czy udało mi się właściwie scharakteryzować mojego obecnego czytelnika, i zaspokoić oczekiwania przyszłego, gdy sięgnie po którąś z moich powieści. ;)
który w "Bluszczu prowincjonalnym" przyrządza Anna.
Dziś
też miały być ziemniaki i orzeźwiający chłodnik litewski z prawdziwego
zsiadłego mleka. Idealny na doskwierający upał.
Anna umyła przyniesioną z ogrodu botwinę i podgotowała
ją w niewielkiej ilości wody. W międzyczasie posiekała zieleninę, ogórki,
rzodkiewkę, a potem ugotowała kilka jajek na twardo. W dużym, glinianym garnku
wymieszała starannie wszystkie składniki, by w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku
wrócić na werandę...
Przepis na chłodnik litewski, zamieszczony na końcu książki:
Szybkość jego przygotowania zależy przede wszystkim od głównego składnika – czyli wywaru buraczanego. A można przygotować go na trzy różne sposoby. Pierwszy – dla cierpliwych entuzjastów zdrowego odżywiania: siekamy boćwinę łodygową lub po prostu botwinę (najlepiej taką świeżo wyrwaną z ogródka), a trzy średnie buraczki ścieramy grubo na tarce. Jedno i drugie gotujemy w trzech szklankach wody, z jednym listkiem laurowym, dwoma ziarenkami ziela angielskiego i trzema pieprzu. Doprawiamy solą, octem i cukrem według własnego uznania i smaku. Drugi – dla znacznie mniej cierpliwych entuzjastów zdrowego odżywiania: kupujemy gotowy sok z buraków w butelce lub kartonie, doprawiamy go odpowiednio – solą, cukrem i octem. Jeśli nie był wcześniej pasteryzowany, zagotowujemy. Trzeci – wyłącznie dla zuchwałych: kupujemy dwie torebki barszczu w proszku i rozpuszczamy go w dwóch szklankach gorącej wody.
Wszystkie z wymienionych sposobów ma łączyć jedno – wywar musi być mocny, esencjonalny, a jego smak może, a nawet powinien powodować lekkie łzawienie oczu. Musi też być dobrze schłodzony. Wówczas przelewamy go do odpowiedniego naczynia, najlepiej glinianego lub szklanego, i mieszamy z dwoma litrami maślanki, ewentualnie kefiru, zsiadłego mleka lub jogurtu naturalnego, bądź też ich mieszaniną. Jeżeli ktoś woli, by chłodnik miał bardziej kremową konsystencję, może dodać kubek jogurtu greckiego, który bywa tak gęsty, że można go niemal pokroić w plasterki. Potem przystępujemy do siekania szczypiorku i koperku – po jednym pęczku. Ścieramy na tarce o grubych oczkach rzodkiewkę i świeży ogórek. Wszystko to wrzucamy do chłodnika. Są to tradycyjne dodatki, ale jeżeli chcemy pochwalić się swoją kulinarną kreatywnością i zrobić wrażenie na gościach, do zupy można dodać na przykład pokrojone (w słupki lub kostkę) awokado, liście ogórecznika, młodej pokrzywy lub mniszka lekarskiego, rzeżuchę, roszponkę, ewentualnie rukolę, jednak w przypadku tej ostatniej nie warto przesadzać, ponieważ bywa dominująca w smaku. Chłodnik podajemy z jajem ugotowanym na twardo. Na Podlasiu jednak najczęściej zjada się go z ziemniakami. Ugotowane w całości i bardzo gorące, należy położyć na brzegu talerza z zimnym chłodnikiem.
Zapraszam na obiecany, na razie ostatni etap podróży z "Bluszczem prowincjonalnym" :)
Brzostowo, to wieś położona tuż nad brzegiem Biebrzy, gdzie ludzie żyją synchronicznie z jej nurtem, gdzie rzeka wyznacza ich życiu naturalny rytm, całkiem inny niż ten, którym żyją ludzie w miastach.
W Brzostowie Anna i Agnieszka zatrzymały się u wujostwa Anny, żeby przeczekać burzę . Dom, w którym znalazły gościnę wciąż istnieje, niestety od kilkunastu lat nikt już w nim nie mieszka. Dlatego właśnie nie udało mi się zrobić zdjęć wewnątrz. Myślę, że jednak mimo wszystko uda mi się kiedyś to nadrobić, choćby po to, by sfotografować niesamowity, gliniany piec!
Z zewnątrz chatka wygląda nieco inaczej niż w powieści. Wybudowana, tak jak ta powieściowa, metodą lepiankową, została jednak dawno temu obita brzydką dyktą. Jednak w środku - dom, kiedy byłam w nim po raz ostatni, wyglądał niemal dokładnie tak, jak opisałam w powieści. Mam nadzieję, że uda mi się to kiedyś udowodnić, ponieważ z tego, co udało mi sie dowiedzieć, w środku wciąż znajdują sie sprzęty i elementy wystroju należące do nieżyjacych już gospodarzy.
Niestety mocno też zostało zniszczone obejście, choć myślę, że przez to nie ubyło mu uroku.
A tak to wszystko wyglądało w "Bluszczu prowincjonalnym". Zapraszam do lektury fragmentu:
– Brzostowo – wyjaśniła Anna. – Tu przeczekamy burzę. U moich kuzynów. No co tak patrzysz? Przypomniałam sobie, że mam tu taką dalszą rodzinę. Dawno u nich nie byłam, ale kiedyś często przyjeżdżałam tu z rodzicami. Nad Biebrzę. Po chwili skręciły w wąską, zarośniętą drogę przypominającą zielony tunel, by zatrzymać się wreszcie przed niziutkim białym domkiem. Wyskoczyły z auta i popędziły na ganek, gdzie przywitało ich stłumione ujadanie psa. – Cicho, Misiek! Odsuń się. – Usłyszały jednocześnie ze skrzypnięciem drzwi, zza których wychyliła się przewiązana chustką kobieca głowa. – Dzień dobry, wujenko – powiedziała Anna, wciąż strząsając z włosów i ramion duże krople wody. – Możemy u was przeczekać burzę? – Ania! Dziecko kochane! A skąd ty żeś się tutaj wzięła w taką zawieruchę! – Kobieta otworzyła szerzej drzwi, ramieniem zagarniając gości do środka. – A zachodźcie, zachodźcie prędko do chałupy! Misiek, no odsuń się, utrapieńcu, dajże przejść – fuknęła na podskakującego radośnie psa. Wewnątrz było przyjemnie ciepło. W glinianej kuchni palił się ogień. Gospodyni natychmiast odsunęła pogrzebaczem jedną z fajerek i postawiła tam okopcony czajnik. – Zaraz wam herbaty z pigwą naparzę. – Przyjrzała się krytycznie ubraniom kobiet. – I na przebranie coś wam dam, a to wasze przy piecu się powiesi, żeby przeschło. – A wujek jest? – Anna rozejrzała się po domu. – Posłałam go, żeby obaczył, czy w obejściu wsio pozamykane. Patrzeć tylko, jak przyleci nazad. – Podeszła do okna i załamała ręce. – O Matko Bosko, toć wam szybę całą w samochodzie wytłukło. Wody się naleje. Trzeba go do stodoły dać. O, wujek już wraca, dajta kluczyki, on zaprowadzi. – Ale nie trzeba się kłopotać – zaoponowała nieśmiało Agnieszka. – I tak już go porządnie zalało. A kluczyki zostały w samochodzie. Nie zamykałyśmy, bo i tak szyba wybita, więc bez sensu. Wujenka zrobiła w powietrzu nieokreślony znak dłonią, wywracając jednocześnie oczami, po czym otworzyła okno i głośno nakazała mężowi odprowadzenie samochodu do stodoły. – Sodoma się robi! Świat nie słyszał! – Tymi słowami przywitał ich wujek, ściskając serdecznie Annę i witając się z Agnieszką. – Nie ma mowy, żebyśta wy dziś do domu wracali. Matka naszykuje wam zaraz spanie. – A pewnie, że naszykuje – podchwyciła wujenka. – Tylko najsampierw herbaty i co do jedzenia. A na przebranie to ja najlepiej od razu koszule do spania dam. – Ale w domu będą się martwić, a my nie mamy jak zadzwonić, bo telefony nie działają. – Wujek potem poleci do sołtysa i stamtąd Maryni da znać. Nie bojta się nic. A o jechaniu nie ma gadania, jeszcze z rozbitem oknem – krzyknęła wujenka, już z drugiej izby. Przemoczone do ostatniej suchej nitki przycupnęły tymczasem na drewnianej ławie przy piecu, rozcierając i ogrzewając przemarznięte dłonie. Obie też wcisnęły równie zimne bose stopy pod rozciągniętego na podłodze psa. Agnieszka z zainteresowaniem omiotła wzrokiem pomieszczenie. – Ależ tu jest niesamowicie – wyszeptała z zachwytem. – Zawsze tak było – odparła Anna, nie kryjąc zadowolenia i trochę nieuzasadnionej dumy. – Dlatego tak bardzo lubiłam tu przyjeżdżać, kiedy byłam mała. Mimo że nigdy nie było tu nawet telewizora, jakoś nie brakowało nam rozrywek. I wiesz, co? Najbardziej niezwykły jest fakt, że to miejsce wygląda identycznie jak trzydzieści parę lat temu. Nadal sercem domu jest kuchnia. Bo tamten pokój… – Anna wskazała brodą sąsiednie pomieszczenie. – Jest zarezerwowany tylko dla gości i na święta. Wyposażenie izby, w której siedziały, wyglądało, jakby była jednocześnie kuchnią, pokojem dziennym i sypialnią gospodarzy. W części kuchennej stał duży, biały kredens. Za szybkami przysłoniętymi do połowy szydełkową koronką widać było ciemnobrązowe miski, talerze i kubki. Do ścian przytwierdzono półki udekorowane papierowymi wycinankami z papieru i krepiny. Na najdłuższej stał rząd kolorowych koszyczków wyciętych zmyślnie z plastikowych butelek po różnych płynach, wypełnionych po brzegi bibułkowymi kwiatami. Z kolei żywy bukiet polnych i ogrodowych kwiatów wabił zapachem ze stojącego pod oknem stołu. Spod kraciastej ceraty, którą przykryto gruby blat, wystawały skrzyżowane, masywne dębowe nogi. Z tego samego drewna wykonano też proste krzesła, na których dla wygody siedzących położono płaskie poduszki w wielobarwnych, wydzierganych na drutach poszewkach. W przeciwległym, najciemniejszym kącie izby stało wielkie staroświeckie łóżko z drewnianym wezgłowiem. Na nim piętrzyła się pościel przykryta kraciastą narzutą – idealnie wygładzoną, z wyjątkiem niewielkiego zagłębienia, w którym drzemał zwinięty w kłębek szarobury kot. Nad łóżkiem wisiały dwa pozieleniałe ze starości i nieco wyblakłe obrazy przedstawiające Matkę Boską oraz patrona rodziny i małżeństwa – świętego Józefa. Obrazy powieszone były w często spotykany w tych stronach sposób, czyli z górną krawędzią odstającą od ściany. Obok, tuż nad wezgłowiem, przytwierdzono odrobinę podkolorowane monidło – portret ślubny gospodarzy. Najważniejszą część izby stanowił jednak pomalowany na kremowo, gliniany piec, wzdłuż którego stały trzy drewniane ławy przykryte chodnikami – pasiakami utkanymi na krosnach z różnokolorowych gałganków. – Wiesz, pamiętam jak… – zaczęła Anna. – Ciii – przerwała jej Agnieszka, kładąc palec na ustach. Schyliła się i zajrzała pod sąsiednią ławę, odchylając nieco zwisające frędzle pasiaka. – O rany! Popatrz tylko! Już po chwili obie klęczały na podłodze, przyglądając się z zachwytem siedmiu żółtym kulkom. Dreptały w tę i z powrotem na maleńkich pomarańczowych nóżkach po wyścielonym gazetami kartonie, pod umocowaną do spodniej części ławy rozgrzaną, stuwatową żarówką. Kompletnie nie zwracając na nie uwagi, dziobały spokojnie ziarno wsypane do zakrętek od słoików.
Fragment filmu "Biebrzański Park Narodowy"
Studio Stanfilm.
I na koniec jeszcze pewna ciekawostka.
Kiedy próbowałam odnaleźć kogoś, kto mógłby mi umożliwić obejrzenie chatki w środku, zostałam zaproszona do innego domu...
...gdzie zastałam...
Gospodynię i jej kuzynkę (pani w zielonym, zgadniecie, ile ma lat? - myślę, że będzie trudno - 92! :) ) przy łuskaniu fasoli. Zdjęcie oczywiście publikuję za pozwoleniem obu.
Obok, po prawej stronie, przy oknie, siedział mąż godpodyni, zastany w trakcie golenia się prawdziwą brzytwą. Również pan w wieku ponad dziewiećdziesięcioletnim.
I to właśnie On jest tą niespodzianką.
Osobą, o której chciałabym napisać.
Mężczyzna jest najstarszym, żyjącym we wsi przedstawicielem rodu Trzasków, tego samego, z którego wywodzi się nasza powieściowa Leokadia Jęrzych de domo Trzaska - diva operowa, mieszkająca we wspaniałym rodowym dworku z godłem Trzasków w tympanonie.
(Obrazek pochodzi w Wikipedii)
"Największą jego ozdobę stanowił wspaniały portyk podparty czterema kolumnami, w którego tympanonie widać było zarys księżyca w kształcie kołyski zawisłej pomiędzy dwoma złamanymi mieczami. Najprawdopodobniej był to herb rodowy właścicielki dworku."
(Fragment pochodzi z książki.)
Natomiast wspomniane Brzostowo jest wsią, w której od lat żyją przedstawiciele rodu Trzasków.
Oczywiście razem z Anką Radecką i pozostalymi bohaterami "Bluszczu prowincjonalnego". :)
Pierwsze zdjęcie jest ciekawostką. Pisząc powieść wiedziałam, że łomżyńskie kwiaciarki kładą często na kolanach Hanki kwiaty. Postanowiłam, że w mojej książce będą to goździki. Kiedy gotowy "Bluszcz prowincjonalny" był już niemal w druku, pojechałam do Łomży, żeby zrobić Hance zdjęcie. Spójrzcie tylko, co artystka miała na kolanach! :) Poniżej fragmenty książki, które ilustrują zdjecia:
...udali się w kierunku ulicy Farnej, zmierzając
wprost do ławeczki, na której od kilku lat gościła odlana z brązu Hanka
Bielicka. Jak zwykle, na kolanach słynnej Łomżynianki leżał bukiet świeżych
kwiatów, tym razem były to kolorowe goździki.
Arturek wspiął się na ławkę, zasiadł wygodnie i mrużąc z
zadowoleniem oczy, lizał rozpływające się już powoli
lody. Anna zerknęła ze strachem na śmietanową strugę płynącą wzdłuż jego łokcia, zastanawiając się, czy może zaproponować mu użycie chusteczki.
Wyciągnęła na wszelki wypadek kilka z torebki, po czym zagadnęła chłopca.
-
Myślę, że jakbyś się troszkę przesunął, to może i ja bym się zmieściła na tej
ławeczce.
Arturek nie przerywając lizania
zerknął najpierw na nią, a potem zadarł głowę i spojrzał wprost w osłonięte
rondem kapelusza brązowe oczy Hanki.
- Posuń się – warknął w
kierunku zastygłej w brązie artystki, wprawiając Annę w kompletne osłupienie...
W
drodze na parking Anna ze zdumieniem odkryła, że przy ulicy Długiej nadal
istnieje maleńki sklep papierniczy, w którym przed każdym wrześniem robiła z
mamą szkolne zakupy, z namaszczeniem wybierając ołówki, wąchając wściekle
różowe gumki chińskie i negocjując zakup nowego piórnika zapinanego na magnes.
Zatrzymała się przed wejściem, ponieważ widok księgarni spowodował, że wpadła
na pewien pomysł.
-
Poczekacie tu na mnie chwilę? – spytała, wchodząc już po schodkach.
Dzieci pokiwały głowami i usadowiły
się na jednej z pobliskich ławek. Amelia spojrzała z zachwytem w kierunku
znajdującego się nieopodal, niezwykle wykwintnego gmachu biblioteki miejskiej,
który jaśniał pośród innych pastelowymi
kolorami – gołębim i pudroworóżowym.
- Wygląda tak, że ma się ochotę nałożyć go do pucharka, ozdobić bitą śmietaną
i zjeść – podsumowała, czując zapewne
jeszcze na języku smak zjedzonych właśnie lodów.
Włożyła
kluczyki do kieszeni i pomaszerowała w kierunku Krzywego Koła. Po minucie
stanęła u szczytu ponad stuletnich Kamiennych Schodów. Zaczęła powoli schodzić, trzymając się metalowej poręczy. Po chwili zatrzymała się i
przysiadła na jednym ze stopni.
Ogarnęła wzrokiem rozpościerającą się przed nią
przestrzeń, widoczne ze wzgórza Rybaki, kawałek ulicy Żydowskiej i soczystą
zieleń doliny Narwi, w całej okazałości.
Pół godziny później Anna parkowała swoje auto w
miejscu dawnego dworca PKS. Kilkaset metrów dalej zaczynała się ulica Dworna, a
już na jej początku oczom kobiety ukazał się duży szyld z napisem: Danaberia Bra. Salonik
Biustonoszy. Zaśmiała się pod nosem nieco rozbawiona i przyśpieszyła kroku.
Mam nadzieję, że wycieczka była ciekawa?
Następny etep to Brzostowo i drewniana chatka wujostwa.
Pora na kolejny etap podróży z "Bluszczem prowincjonalnym".
Dziś przystanek bardzo dla mnie bardzo szczególny.
Maleńkie, podlaskie miasteczko, to samo, do którego Anna wybrała się na targ po jaja kupowane parami ( a dlaczego parami, odpowiedzi należy poszukać w Bluszczu ;) ),
i gdzie odwiedziła parę innych miejsc.
Miejsc, o których zamierzam jeszcze raz opowiedzieć.
Zapraszam na wycieczkę w okolice, gdzie się urodziłam i wychowałam,
gdzie urodzili się i wychowali również moi dziadkowie i pradziadkowie.
Zapraszam do mojego Jedwabnego. :)
... tego samego, o którym kilka lat mówiono głośno, może czasem zbyt głośno. Którego temat właśnie powraca w kontekście kontrowersyjnego filmu "Pokłosie" w reż. W. Pasikowskiego. Miejsce, gdzie wiele lat przed moim urodzeniem wydarzyły się sprawy, o których nie zamierzam tu mówić...
Nie zamierzałam też o nich pisać w mojej książce, jednak doszłam do wniosku, że większym nietaktem byłoby pominąć wydarzenia jedwabieńskie milczeniem, niż o nich wspominać.
Nie pominęłam.
Napisałam o tym po swojemu.
Pisząc o Jedwabnem oddałam Annie własne wspomnienia.
Zgodnie z obietnicą, zapraszam na kolejny etap podróży po Podlasiu.
Dziś przystanek kulinarny! :)
Tym razem zatrzymamy się w podłomżyńskiej Piątnicy, a dokładnie w miejscu, gdzie wypieka się prawdziwe podlaskie sękacze.
Dzięki uprzejmości właściciela piekarni, pana Jarosława Kalinowskiego, udało mi się znaleźć w centrum wydarzeń i zrobić dla Was kilka zdjęć ilustrujących, jak powstaje to cudo.
Przepis na sękacz według
legend znany był już w średniowieczu. Swoją nazwę zawdzięcza
charakterystycznym sękom powstałym podczas jego pieczenia.
Piecze się go nad
otwartym ogniem (dziś częściej są to specjalne grzałki), na obracającym się
rożnie w kształcie drewnianego wałka. Wałek polewa się kolejnymi zapiekanymi na
złoty kolor warstwami ciasta, dzięki czemu w przekroju sękacza widoczne są
grubsze warstwy jasnego ciasta przedzielone ciemnymi warstewkami ciasta
zrumienionego przez ogień, co przypomina słoje roczne w pniu drzewa.
Efekt jest równie ciekawy jak smak tego niezwykłego, niedającego się porównać z żadnym innym wypiekiem.
Składniki ciasta od
stuleci pozostają te same. Do wykonania około trzykilogramowego sękacza o
wysokości ponad pięćdziesięciu centymetrów potrzebne są: kopa (czyli sześćdziesiąt)
jaj, dwa i pół kilograma masła, po tyle samo mąki i cukru oraz mnóstwo czasu i
cierpliwości na jego przygotowanie. Na szczęście istnieje też sposób na domową
wersję sękacza ze znacznie mniejszej ilości składników (przepis dostępny jest na ostatnich stronach "Bluszczu prowincjonalnego"). Jego smak, choć nie da
się go porównać z oryginalną wersją pieczoną na ogniu, jest też zdecydowanie
wart poświęconego czasu (oczywiście zgodnie z podlaską tradycją niemałego) na
jego przygotowanie.
Ponadto sękacz niezawierający konserwantów, ani nawet jakichkolwiek
spulchniaczy, może być z powodzeniem przechowywany w temperaturze pokojowej
nawet do dziesięciu tygodni.
Po Podlasiu podróż sentymantalna - część pierwsza!
Wspólnie z bohaterami "Bluszczu prowincjonalnego" i ich śladami.
Będzie to podróż nie tylko geograficzna, ale również kulinarna, podzielona na kilka etapów tematycznych.
Dzisiejszy etap - pierwszy narzuciła mi właśnie pierwsza okładka, a właściwie to, co się na niej znajdowało."
Ten dom odkryłam zupełnym przypadkiem kilka lat temu, kiedy pojechałam do Kiermus, żeby zobaczyć najpopularniejszy chyba na Podlasiu jarmark staroci. Pomyślałam wtedy, że to jest idealne miejsce, by zamieszkał w nim któryś z bohaterów moich (wówczas jeszcze przyszłych) ksiażek. Wkrótce, jeszcze w trakcie powstawania "Mimo wszystko Wiktoria", zapadła ostateczna decyzja, że tym pięknym miejscu zamieszka Anna Radecka i jej dzieci. Że kiermusiański Dworek nad Łąkami stanie się na chwilę jej domem, a bluszczowa weranda azylem.
Żeby podziękować temu miejscu za gościnne przyjęcie, postanowiłam mojej bohaterce (i przy okazji czytelnikom) zafundować całodniową, literacką wycieczkę do Kiermus.
Pozwolić pobuszować po wspomnianym wyżej targu staroci:
"Dochodzące z oddali przygrywanie ludowej kapeli
świadczyło o tym, że impreza już się rozpoczęła. Ruszyli w tamtym kierunku i wkrótce zmieszali się z tłumem ludzi spragnionych kontaktu z tutejszym folklorem."
"W jej nozdrza wdzierał się zapach
wiejskich wędlin, chleba pieczonego na chrzanowych liściach, serów, miodów i innych regionalnych przysmaków, do
których skosztowania zachęcali sprzedawcy."
"Miała okazję spróbować, jak smakuje podpuszczkowy
ser koryciński, którego recepturę, według lokalnej legendy miejscowi poznali
niemal pięćset lat wcześniej od osiadłych tu szwajcarskich żołnierzy. Skosztowała
najpierw bielutkiego, zabawnie skrzypiącego w ustach sera śmietankowego, potem tych
dłużej leżakujących – z czarnuszką, czosnkiem, kolorowym pieprzem i innymi
aromatycznymi ziołami."
"Smakiem ujął ją też popularny w tych okolicach
mrówkowiec – lepki od miodu, posypany makiem i rodzynkami kopiec o nieco
dziwnym, pofalowanym kształcie."
(Był jeszcze sękacz, ale ten podlaski przysmak zasługuje na osobny rozdział i to właśnie jemu będzie poświęcony kolejny etap podróży.)
"Wreszcie, po godzinnym przeciskaniu się przez
tłum, ogłuszona muzyką i gwarem, obładowana torbami pełnymi targowych
zdobyczy, z przyjemnością zasiadła w chłodnym wnętrzu przyjemnie
urządzonej karczmy i poprosiła o kawę. Dała
się też namówić, na jak się okazało - gigantyczny kawał domowego jabłecznika z
lodami."
"Wreszcie dotarli do „Jantarowego Kasztela”, uroczo porośniętego
winobluszczem."
By w końcu dotrzeć do tajemniczego Miejsca Mocy, gdzie zdarzyło się coś... o czym dowiecie się już z książki ;)
"-
Tutaj masz instrukcję. – Wojtek wskazał na drewnianą tablicę, przymocowaną do
grubego, nadpalonego pnia."
"Zobaczyła, jak jej syn wskakuje na trzynasty kamień."
"-
Miejsce mocy – uśmiechnęła się. – Jest tutaj. Na werandzie w Bujanach."