Pora na Ballenberg. Szwajcarski skansen nieopodal Brienz, w którym...
Ups, myślę, że to, co się tam zdarzyło się powinnam pominąć dyskretnym milczeniem.
Dlaczego, wiedzą tylko ci, którzy już przeczytali "Tajemnice Luizy Bein".
Pewnie nie będą też mieli problemu, by odnaleźć pośród zamieszczonych tutaj zdjęć te, które bezpośrednio dotyczą fabuły.
Mam też jednak nadzieję, że te same zdjęcia zachęcą niezdecydowanych do lektury mojej powieści. ;)
Niesamowite uczucie wrócić w to samo miejsce po 9 latach. :)
Dociekliwi pewnie zwrócili uwagę, że na zdjęciach nie zostało uwiecznione MIEJSCE gdzie... (nie, oczywiście, że nie zdradzę, co tam się zdarzyło). ;)
Niestety, w momencie kiedy byłam w Ballenbergu TO MIEJSCE było pechowo niedostępne dla zwiedzających.
Po namyśle jednak doszłam do wniosku, że może to dobrze?
Pokazując je mogłabym za dużo ujawnić.
Jednak gdyby ktoś jednak bardzo, bardzo chciał zobaczyć TO MIEJSCE,
może to zrobić.
Jest widoczne na filmiku poniżej, min 6.25.
Do wywiadu zostały wplecione krótkie kadry filmowe z mojego poprzedniego pobytu w Szwajcarii, 9 lat temu.
A już w kolejnym wpisie pojawi się wreszcie również widoczne w filmiku Barczewo, czyli powieściowy Wartembork.
Raj podatkowy kojarzący się z wręcz nieprzyzwoitym bogactwem.
Mieszka tam ok. 2000 milionerów i 50 miliarderów.
Doba w hotelu, to miesięczne zarobki wielu Polaków, całodniowe parkowanie kosztuje tyle, co przyzwoity hotelowy nocleg w Polsce. Gdyby ktoś miał ochotę zamieszkać tam na stałe, ok. 8 razy wyższa niż np w Warszawie cena mieszkania jest najmniejszą przeszkodą. Należy najpierw zdeponować w "ichnim" banku przynajmniej 0,5 mln euro i oprócz tego wyróżnić się czymś szczególnym. Na przykład zostając celebrytą, albo wybitnym sportowcem.
Czysty, długo i pieczołowicie klarowany snobizm. Żeby nie powiedzieć kolokwialnie - obrzydliwy...
Tymczasem ja z premedytacją wybrałam to miejsce do czołówki tych, które mnie zauroczyły. Dlaczego?
Z tego samego powodu, dla którego zauroczyła mnie Szwajcaria.
PORZĄDEK! Idealny ład, czystość wręcz nieskazitelna i gołym okiem widoczna świetna organizacja... wszystkiego! Poza tym, spokój. Mimo turystów, brak jakiegokolwiek chaosu i nieskoordynowanego rozgardiaszu. Tylko wszechobecny PORZĄDEK!
Jak ja to lubię... :)
(I tu niechcący zdradziłam się, skąd pewne "predyspozycje" u jednego z bohaterów "Tajemnic Luizy Bein" :p)
Podobno Monako uważane jest za jedno z najbezpieczniejszych państw na świecie, i ja w to absolutnie wierzę. Człowiek czuje się tam z dziwnego powodu całkowicie bezpiecznie. Mimo że nie ma na każdym rogu policji, ani odpowiednika naszej straży miejskiej, nikt nie popełnia niczego niewłaściwego (do niewłaściwego zachowania zaliczam śmiecenie, palenie w miejscach publicznych, nazbyt hałaśliwe zachowanie przeszkadzające innym itp.) Panuje tam wręcz trudna do zdefiniowania, w pewien sposób błoga atmosfera.
A to również lubię. :)
Pierwszy raz byłam tam 7 lat temu, w tym roku też, ale króciutko, dlatego zdjęcia są z pierwszych odwiedzin.
Fontanna przed Kasynem w Monte Carlo.
Kasyno w Monte Carlo w całej okazałości.
Kasyno z drugiej strony
Każdy najmniejszy skwerek zadbany i "wycacany" do granic możliwości.
Ogród japoński
Urzekający widok z góry.
Dziedziniec Pałacu Grimaldich
Katedra św. Mikołaja - miejsce pochówku rodu Grimaldich, również zmarłej tragicznie Księżnej Grace Kelly.
Przypominam też, że Monako odwiedziły również bohaterki
"Mimo wszystko WIKTORIA", oczywiście nie bez powodu. :)
... takiej, jak na przykład ta w muzeum Jobin - najstarszej szwajcarskiej marki tworzącej między innymi pozytywki. Najstarsza zachowana i nadal działająca jest też znajdująca się tam pozytywka, którą odwiedzający to miejsce mogą obejrzeć, ale niestety tylko nieliczni posłuchać.
Miałam ogromne szczęście znaleźć się w ich gronie, dzięki szeregowi dość nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, o czym opowiem za chwilę, a na końcu spuentuję chyba przyjemną (mam nadzieję! ;)) wiadomością.
Tymczasem, dzięki mojej przytomności umysłu (co nie było łatwe, ze względu na ogólne rozemocjonowanie) i uzyskanej zgodzie oprowadzającego, posłuchać jej mogą również czytelnicy mojego bloga.
A jak to się stało, że mogłam posłuchać pozytywki na żywo, w dodatku nakręcił ją SPECJALNIE DLA MNIE (naprawdę!) ktoś bardzo szczególny? Tak jak wspomniałam, przez przypadek.
Zaczęło się od "Tajemnic Luizy Bein" i miejsca, w którym zatrudniłam jednego z bohaterów powieści - szwajcarskiej pracowni rzeźbiarskiej w Brienz, otwartej w 1835 roku (mój bohater zatrudnił się w niej w ok.1885 roku). Pracownia istnieje nieprzerwanie, w dodatku zyskała sławę nie tylko w Szwajcarii, ale i na całym świecie.
Prócz rzeźbionych w drewnie przedmiotów wytwarzane są tam piękne, ekskluzywne pozytywki, i co najważniejsze, firma jest nadal w rękach tej samej rodziny.
Kiedy byłam w Brienz pierwszy raz, nie miałam możliwości zwiedzenia firmy. Żeby ją opisać, musiałam korzystać z pomocy internetu, dlatego z pewną tremą weszłam do środka. Trema, i to potężna towarzyszyła mi z jeszcze jednego powodu...
Dzięki uprzejmości i wsparciu polskiego dystrybutora pozytywek z Jobin, po muzeum, pracowni i pomieszczeniach niedostępnych dla zwiedzających oprowadził mnie... sam właściciel firmy, pan Flavius Jobin, potomek jej założycieli. :)
Relację z wizyty skrupulatnie uwieczniłam na zdjęciach. Na jednym z nich znalazło się coś bardzo istotnego, coś co pojawiło się w powieści (nie mogę wyjawić, żeby za wiele nie zdradzić, ale ci, którzy czytali powieść z łatwością ten przedmiot rozpoznają), a o czym nie wiedziałam, że naprawdę istnieje, i jest sobie jak nigdy nic w muzeum Jobin dokładnie takie, jak opisałam!
Niezwykłe uczucie wymyślić sobie coś, a potem zobaczyć to na własne oczy! :)
Na ostatnim zdjęciu znajduje się zegar, z którym wiąże się ciekawa, choć smutna historia. Został zamówiony ponad sto lat temu przez kogoś, kto nigdy go nie odebrał, ponieważ statek, którym po niego płynął, niestety zatonął.
Najprzyjemniejszą jednak częścią zwiedzania Jobin była możliwość przyjrzenia się, a nawet praktycznego sprawdzenia, jak powstają pozytywki.
Efekt od początku do końca ręcznej pracy do obejrzenia i oczywiście kupienia w sklepiku.
Cena widoczna na jednym ze zdjęć jest dowodem na to, że tak jak zauważyła Klara Figiel w "Tajemnicach Luizy Bein", rękodzieło w Szwajcarii jest należycie docenione. ;)
Na ostatnich zdjęciach znalazły się te najcenniejsze, muzealne pozytywki, których kupić oczywiście nie można.
Oczywiście nieprzypadkowo. ;)
Nieprzypadkowo też tak dużą część blogowego wpisu poświęciłam właśnie pozytywkom, bo przecież w "Tajemnicach Luizy Bein" ich nie ma.
Powód pojawi się na księgarskich półkach już za kilka miesięcy.
Kontynuacja opowieści o perypetiach Klary, Alexa, i nie tylko.