Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajemnice Luizy Bein. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajemnice Luizy Bein. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 stycznia 2018

O pisaniu i tym, co się lubi bardziej - trochę subiektywne

Niektórzy autorzy traktują swoje książki jak dzieci. Tworzą je, i niby puszczają w świat, ale tak naprawdę nigdy nie oddają im całkowitej wolności. Nadal obserwują, co się z nimi dzieje, wszystkie tak samo wnikliwie, no wszystkie są dla nich ważne, za wszystkie mocno trzymają kciuki. 
W moim przypadku jest jednak nieco inaczej. Na szczęście, bo w przeciwnym razie byłabym najgorszą matką na świecie. 


Bo matka nie powinna faworyzować żadnego że swoich dzieci, zapominać o jednych, gdy myśli o innych, porównywać, i co gorsza, mieć świadomość, że jedne są lepsze od pozostałych.

A ze mną (oczywiście tylko w przypadku książek, nie dzieci  ) tak właśnie jest. Potrafię wskazać te powieści, z których jestem bardziej dumna niż z innych.

Dotąd moją faworytką była powieść "Tajemnice Luizy Bein". Teraz to się zmieniło (chyba, bo może z czasem uznam, że są to miejsca równorzędne).

czwartek, 9 czerwca 2016

Coś do posłuchania w trakcie opalania ;)

Wczoraj polecałam wakacyjne czytanie, dziś trochę przewrotnie przypominam o audiobookach. Na razie tylko (lub "aż") wydane zostały w takiej formie "Tajemnice Luizy Bein" i "Kołysanka dla Rosalie", dostępne m.in. w Empikach, Matrasach i na aros.pl - tu tylko do 12 czerwca w dużej promocji.

Fragmenty do posłuchania znajdziecie na stronie  Storybox - klik.

Koniec reklamy. ;) 

Jutro zapraszam na bardzo specjalny i trochę osobisty wpis.

piątek, 15 kwietnia 2016

piątek, 11 marca 2016

Czy pani książki są o miłości?

Takie oto pytanie zadała mi jakiś czas temu pewna czytelniczka.

W pierwszej chwili chciałam zaprzeczyć, bo przecież trudno którąkolwiek z moich powieści jednoznacznie położyć na półce z romansami, jednak po bardzo krótkiej chwili namysłu... potwierdziłam. :) Odpowiedziałam, że owszem, moje książki są o miłości. 
Między innymi o miłości...

fot. eMka studio, Magdalena Rogowska-Otremba

środa, 1 października 2014

Wynik pewnego eksperymentu.

Zgodnie z obietnicą powinnam zamieścić na blogu relację z Festiwalu Literatury Kobiecej "Pióro i Pazur", i  tak też się stanie, choć w dwóch etapach.

W pierwszym chciałabym opowiedzieć o tym, co zdarzyło się poza galą oficjalną. Kilka godzin wcześniej odbyła się gorąca dyskusja o kondycji literatury kobiecej z udziałem m.in. wydawców nominowanych książek, autorek, recenzentów i czytelników tejże.

Całą dyskusję i nazwiska uczestników można znaleźć na wortalu granice.pl

Jednym z jej elementów była rozmowa o dość schematycznej treści książek kierowanych do kobiet i takich też okładek. Dla tych, którzy nie chcą czytać całej dyskusji, streszczam i jednocześnie podsumowuję najważniejsze:

Z obserwacji wynika, że najczęstszym motywem pojawiającym się w tego typu literaturze jest motyw kobiety, która po trudnych przejściach (stracie partnera, pracy) ucieka na prowincję leczyć zranioną duszę, gdzie oczywiście natychmiast otrzymuje wsparcie, pomoc, oraz znajduje nowego ukochanego. Kolejny ograny motyw (omawiany już w kuluarach), to grupa przyjaciółek, które się wspierają, zwykle pełniąc też rolę swatek dla siebie nawzajem.
W obu przypadkach wątek romansowy powinien dominować.
Podobnie ma się rzecz z okładkami. Albo jest na nich kobieta, często w ramionach mężczyzny, albo klimatyczny dom, ewentualnie bukiety kwiatów.
W tym momencie, jeśli tylko ktoś zerknie na okładki i opisy moich książek, pomyśli sobie, że sama idealnie się wpasowałam w modne (i ograne) motywy.

I prawda!

Teoretycznie.

Ponieważ:

„Mimo wszystko Wiktoria” –  jest o kobietach, które się wspierają. W dodatku opis podaje, że „Pewnego dnia (…) pojawia się niejaki Filip Orecki…”, co może sugerować uczuciowe perypetie damsko - męskie. Na okładce też kobieta.

„Bluszcz prowincjonalny” – domek na okładce, kwiatki, bluszcz. W opisie informacja, że jest to opowieść o kobiecie, która po stracie męża ucieka na prowincję, gdzie spotykają ją same dobre rzeczy. „Anna traci męża, a wraz z nim poczucie stabilności i równowagi, w wyniku czego rozpoczyna desperackie poszukiwania czegoś lub kogoś, na kim mogłaby się ponownie wesprzeć.”, (w domyśle, mężczyzny).

„Tajemnice Luizy Bein” – brak informacji o modnych motywach, za to zdanie „Wraz z młodym i przystojnym Alexandrem Beinem odkryje wiele tajemniczych kart historii tej rodziny…”  może sugerować, że pojawi się tam romans. Podobnie jak odręcznie pisane listy i medalion na okładce.

Jak wspomniałam wyżej, TEORETYCZNIE wszystko się zgadza, ale tylko teoretycznie. Jeśli ktoś ulegnie sugestiom i nastawi się na lukrowaną historię z romansem w roli głównej (we wszystkich trzech książkach), niestety, może się rozczarować. Mam tylko nadzieję, że pozytywnie. ;) Otóż żadnej mojej książki NIE MOŻNA OKREŚLIĆ ROMANSEM. Są tam co prawda wątki poboczne związane z perypetiami miłosnymi bohaterów, w dodatku dość niestandardowe, ale zdecydowanie dominują inne. Jakie? Bardzo różne. Dlaczego pisząc dwie pierwsze moje książki wybrałam tak ograne schematy? Zrobiłam to CELOWO, żeby udowodnić czytelnikowi, i przede wszystkim sobie, że jeszcze da się z nimi coś zrobić. Coś innego. Czy się udało? Najlepiej sprawdzić samemu. ;)

Chcąc upewnić się, czy rzeczywiście czytelnicy postrzegają moje książki tak, jak… (i tu właśnie nie bardzo wiem, co napisać - tak jak zaplanowali sobie Wydawcy?), postanowiłam przeprowadzić pewien eksperyment - rodzaj sondy.

Na swoim profilu na facebooku poprosiłam osoby, które nie czytały moich książek, żeby wyjawiły, którą pokazanych dwóch powieści wybraliby do czytania sugerując się tylko wyglądem okładki. 
Nie musiałam przy tym posiłkować się okładkami innych autorów, ponieważ mam dwie własne, moim zdaniem idealnie nadające się do eksperymentu:
Luizę, która pomijając tytuł (słowo "tajemnica" nie jest zbyt oryginalne) graficznie ucieka oklepanym schematom, i Bluszcz, który wprost przeciwnie – idealnie się w nie wpisuje.




WYNIKI:
51 głosów dla „Tajemnic Luizy Bein”
23 głosy dla „Bluszczu prowincjonalnego”

Odbiegająca od schematu okładka Luizy wygrała z klimatycznym, prowincjonalnym domkiem w bluszczu. Dlaczego? Przecież według wydawców to tego przede wszystkim oczekują kobiety. Klimatu prowincji, miłosnych opowieści, walki o uczucie. W dodatku domkowi niejednokrotnie oberwało się za to, że kiczowaty, przesłodzony. Na szczęście znaleźli się też tacy, którym kojarzył się ciepło, rodzinnie, klimatycznie - i słusznie, bo pomijając wszystko inne, powieść taka właśnie jest!
Z kolei Luizie dostało się kilkakrotnie za zły tytuł (Bluszcz prowincjonalny podobał się bardziej), i wbrew pozorom to jest moje małe zwycięstwo, bo bluszczowy tytuł jest mój. „Tajemnice Luizy Bein” wymyślił Wydawca, a mnie niestety od początku nie porwał (tytuł, nie Wydawca ;)). Zawarte w nim tajemnice wywołały, co prawda u niektórych (słuszny!) dreszcz emocji i zaciekawienie, u innych tylko podejrzenia, że w środku tajemnic będzie jak na lekarstwo (niesłusznie, bo zamiast niedosytu natkną się tam raczej na przesyt). W wielu komentarzach, w obu przypadkach przewidywano romans (jak już wspominałam, błędnie).
Pojawiły się głosy, że "Tajemnice" mają bardziej uniwersalną okładkę, ale też takie, że obie są „babskie”. Wypowiadali się również mężczyźni. Żadnemu z nich nie przypadła do gustu okładka "Bluszczu".

Żeby nie być gołosłowną, pozwolę sobie przytoczyć kilka reprezentatywnych komentarzy, bez nazwisk, bo nie wiem, czy ich autorzy tego sobie życzą, ale całą dyskusję można sobie przeczytać na facebooku. Luiza znajdowała się po lewej stronie ( była pierwsza), Bluszcz drugi, po prawej.

„…ta druga kojarzy mi się z czytadłem, pierwsza okładka bardziej intryguje .”

„sięgnęłabym po "Bluszcz prowincjonalny " okładka zaciekawia ukazując jakaś tajemnice poprzez delikatne kolory... Książka wydaje się być " ciepła i zachęcająca"

"Tajemnice" mają uniwersalną okładkę. "Bluszcz" jest typowo kobiecy.

„Obie okładki są bardzo sprzedażowe i stockowe i szczerze mówiąc nie sięgnąłbym w księgarni po żadną z nich (ale też nie jest to mój segment). Od biedy ta po lewej, "Tajemnice Luizy Bein", ta po prawej odpada całkowicie, kojarzy się z książkowym czytadłem Michalak.

„Lubie opowiesci, ktore dzieja sie poza miastem w sielskim miejscu, a ta okladka tak sugeruje."

"Okladka Tajemnicy Lizy ma cos niedopowiedzianego, skrywa jakas magie.”

„Tajemnice Luizy - okładka wygląda tajemniczo i jednocześnie romantycznie, sentymentalnie. Jest też bardzo poetycka, jakby książka opisywała czyjeś głębokie przeżycia i tęsknotę za czymś, co odeszło... Aż mam ochotę wziąć książkę do ręki, dotknąć ją, a potem przeczytać... To jedna z takich okładek, która podpowiada, że jak się nie przeczyta tej książki, to będzie się bardzo tego żałowało.

„ta po prawej to takie przesłodzone coś nie znam żadnej Twojej książki, ale te różowiasto-fioletowe kwiatki na dzień dobry by mnie odrzuciły.”

„Pierwsza okładka jest inteligentniejsza, druga przesłodzona może nawet adekwatna, nie wiem, ale za słodka

„Ta z lewej: kojarzy mi się z kryminałami historycznymi i bardziej mnie pociąga, niż ta z prawej, która kojarzy mi się z dziewczyną, która wyjechała na prowincję i tam w domku obrośniętym bluszczem itd.”

„Tajemnice Luizy Bein, ciekawie się zapowiada to, co widzę. Czytelnicy bardzo chętnie wypożyczają Bluszcz prowincjonalny, bo swojsko brzmi i miło wygląda okładka.

„Dom, ale coś bym dodała: postać z boku, w oknie, szarości, zamglenie, zniekształcenie. Kwiaty na pierwszym planie za słodkie. W pierwszej okładce słowo 'tajemnice' jest tak oczywiste, że czytając szukamy tajemnic, nastawiamy się i często zawód murowany. Jak dla mnie takich okładek z takimi tytułami jest zbyt dużo.

„wybrałabym "Bluszcz...." okładka ciepło się kojarzy, natomiast tytuł brzmi trochę przewrotnie. Oczekiwałabym dowcipnej, ciepłej powieści. "Tajemnice..." sugerują okładką jakiś mroczny sekret z przeszłości, może z okresu wojennego, a ja średnio lubię takie powieści

„Ja wybieram Tajemnice... Okładka ma to coś w sobie. W tle listy pisane ręcznie sugerują wydażenia ponadczasowe. No i naszyjnik pewnie też odegra swoją rolę. Okładka z bluszczem jest taka kiczowata, przepraszam za szczerość, ale taką miałam pierwszą myśl. Ten dom i ogród przed ńim wysuniętego są zbyt mocno do przodu, w głębi wyglądałby lepiej

„Nie wybrałabym okładki "Bluszczu...", mam po dziurki w nosie domków na wsi, obrazków sielskich-anielskich, prowincjonalnych klimatów i bluszczowatych kobiet, które muszą oplatać się na facecie. Za to intryguje mnie medalion i stare listy Okładka i tytuł trącą tajemnicą z przeszłości, nazwisko bohaterki intryguje także, bo nie jest polskie, poza tym okładka jest po prostu piękna sama w sobie jako dzieło.

„…jeśli już, to ta okładka ale "Tajemnice" z innym zakończeniem ta Luiza Bein kojarzy mi się z romansidłem, może same "Tajemnice Luizy

„żadnej. kojarzą mi się z literaturą typu harlequiny, nie lubię takiej, tak jak nie lubię czytać na siłę....

„Okladka po lewej z recznie pisanymi pocztowkami, madalion a do tego stary sugeruja przeszlosc i tajemnice, zagadke. Z tytulu wiemy czyja tajemnice. Okladka mnie zacheca, ale tytul mowi: uwaga, bedzie romans, moze byc gniot, ale daj mu szanse. Okladka po prawej: domek jaki lubie, sielska okolica, kolorowo, kwieciscie, slodko. Do tego tytul... Jak dla mnie calosc krzyczy: uwaga! wiejski romansik z wojenkami sasiedzkimi i marzeniami o dalekim swiecie. Wybieram okladke po lewej, obiecuje mniej kiczu


Według użytkowników facebooka na uwagę bardziej zasługuje Luiza. 
Sprawdziłam na różnych portalach czytelniczych, w tym Lubimy czytać, i tam więcej czytelników ma Bluszcz, podobnie jest z zaopatrzeniem bibliotek (zajrzałam do internetowego katalogu) – choć tu w każdym z wymienionych przypadków mogą istnieć przekłamania, bo Bluszcz został wydany pół roku wcześniej i czyta się zwyczajnie dłużej. Z kolei Luiza ma wyższe noty, co może też wynikać z faktu, że ma ich mniej. Jednak czytelnicy, którzy czytali obie powieści, częściej oceniają Luizę wyżej niż Bluszcz.
Ciekawostką okazały się tzw. „blogowe stosiki”. Gdy pojawiał się w nich Bluszcz, natychmiast budził zainteresowanie komentujących – przypominam -  zwykle tylko na podstawie okładki i tytułu. 
Gdy pojawiała się Luiza, raczej nikt nie zwracał na nią uwagi, jedynie ci, którzy czytali inne moje książki.

O czym naprawdę są obie książki?

„Bluszcz prowincjonalny” – tu częściowo odczucia czytelników zgadzają się z rzeczywistością. Jest to czystego gatunku powieść obyczajowa. Ciepła, klimatyczna, wprowadzająca w błogi, przyjemny nastrój, ale jednocześnie nie trzyma się utartych schematów i wbrew przewidywaniom nie ma w niej romansu. Niekonwencjonalne jest też zakończenie.

„Tajemnice Luizy Bein” – naprawdę zawierają całą masę tajemnic, więcej, niż ktokolwiek się spodziewa. Jeśli chodzi o treść i podobieństwo do czegokolwiek (mam na myśli polską literaturę kobiecą) - niestety tu mamy problem. Po celowym sięgnięciu po schematy, tym razem postanowiłam całkowicie od nich odejść. Nie ma tu ucieczki na prowincję, poszukiwań życiowego partnera,  klanu przyjaciółek, za to są elementy kryminału, sensacji, zagadki i przygody z obszernym tłem obyczajowym w pełnym tego słowa znaczeniu. Są i różne emocjonalne rozterki, niekoniecznie miłosne. Czy zatem można położyć tę powieść na półce z literaturą kobiecą? Oczywiście, że tak, choć wcale nie obowiązkowo. Luiza nie jest, co prawda zbyt często czytana przez mężczyzn (pozostałe moje książki prawie wcale), ale ci, którzy po nią sięgnęli ocenili ją bardzo wysoko. Porównywana jest przez nich nawet do powieści przygodowych z kultowym Panem Samochodzikiem.


Odrobinę dygresyjnie, i refleksyjnie o okładce mojej najnowszej książki:
"Kołysanka dla Rosalie" - ma bardzo podobną okładkę do "Tajemnic Luizy Bein" (jest jej kontynuacją), zamiast medalionu jest pozytywka, pismo zastępują nuty. Nowym elementem są rozsypane, krwiście czerwone płatki róż, i oczywiście tytuł - tym razem mój. Okładkę jakiś czas temu pokazałam czytelnikom, pamiętając ich reakcję na Tajemnice Luizy. Tamta okładka po prostu się spodobała, ta wywołała niebywały entuzjazm i ogromne zainteresowanie treścią (nawet tych, którzy nie czytali Luizy), mimo że jeszcze niedostępny jest opis. Zdziwiłam się, bo przecież styl i charakter został zachowany. Czyżby chodziło o załączone płatki róż? ;) A może to kwestia tytułu?

Podsumowując powyższe rozważania, przytoczę jeszcze jeden komentarz, który znalazł się pod zdjęciem jednej z okładek:

„...prosze zwolnic grafika, jesli ksiazki naprawde nie maja nic wspolnego z romansem, traci Pani czytelnikow takich jak ja, ktorzy sugeruja sie okladkami, jest nas cale mnostwo, niestety.

Ten komentarz mówi wszystko. Powstał w odpowiedzi na moją uwagę, 
że książki wcale nie są romansami, 
a na wygląd okładek (i niekiedy tytułów), podobnie jak większość autorów, nie miałam większego wpływu. 
Wydawca z kolei stara się oferować czytelnikowi coś zgodnego z oczekiwaniami tegoż czytelnika, nawet ponosząc ryzyko, że ten zaglądając do środka srogo rozczaruje się, ponieważ nie znajdzie tam tego, czego oczekiwał.

Na koniec pozostaje najważniejsze pytanie:

Czy rzeczywiście statystyczna czytelniczka oczekuje schematycznej opowieści z wątkiem miłosnym w roli głównej, i takie przede wszystkim książki powinna znaleźć na półce z literaturą kobiecą?

Proponuję, żeby każda statystyczna czytelniczka (która dobrnęła do końca tego rekordowego postu) odpowiedziała sobie na nie sama. ;)



środa, 10 września 2014

Wreszcie przyszła pora na...


Wartembork, w którym rozgrywa się akcja "Tajemnic Luizy Bein". :)

Czyli w rzeczywistości Barczewo, 
malowniczy kawałek Warmii nazywany przez niektórych Wenecją Północy.

Dlaczego? Popatrzcie sami. :)


Przez Barczewo przepływają dwie rzeki - Kiermas i Pisa, a w mieście znajduje się 14 mostów.
Widoczny na zdjęciach Staw Więzienny, dawniej zwany Młyńskim, tak jak wspominam w powieści, znajduje się właściwie w centrum miasteczka, tuż obok staromiejskiego rynku.
Podobno jeszcze na początku XV wieku mnisi uprawiali w tym miejscu kapustę. Na polecenie biskupa oddali jednak tę część swoich rozległych ziem, dzięki czemu dziś możemy podziwiać to urokliwe miejsce w takiej, nie innej postaci z "lądu", albo mijając je podczas spływu kajakowego Pisą.


Otoczone murem budynki po prawej stronie, również na zdjęciach niżej, to kompleks więzienny, który odegra pewną rolę również w "Kołysance dla Rosalie". 
Jeśli ktoś czytał powieści Tomasza Białkowskiego - tam też jest mowa o tym właśnie więzieniu.
Teren ten, jeszcze na pocz. XIX w. należał do klasztoru - oczywiście tego samego, który pojawia się w powieści. 
(Jak zwykle unikanie nadmiernego zdradzania fabuły zmusza mnie do oszczędnego dozowania informacji. ;))





Mała wysepka na środku stawu.



Kościół św. Anny i odnawiana kilka lat temu wieża.
Podczas remontu, w kuli wieży znaleziono... oczywiście o tym można przeczytać już w powieści. :) 



Kaczki, które karmiła Klara na spacerze z Alexem.








A to jest TA kapliczka. ;) 






To zdjęcie powinno właściwie pojawić się na samym początku, ponieważ to tu wszystko się zaczęło. 
Gdzieś tutaj znaleziono kobietę pochowaną z dzieckiem pomiędzy zakonnikami (przypominam, że rzeczywiście tak było, o czym można poczytać TU, strona 8), czyli moją Luizę i dziecko, które... (kto chce się dowiedzieć więcej, oczywiście zapraszam do lektury powieści. :))
W tle ściana kościoła klasztornego.


Stałe stanowiska archeologiczne, gdzie można obejrzeć resztki murów piwnicznych, sklepień, i odkryte podczas wykopalisk przedmioty.







Tablica z opisem prac archeologicznych podczas rewitalizacji barczewskiej starówki.




Niżej ratusz, a wyżej ławeczka, na której Alex czekał na Klarę, podczas gdy ona... ( ;) )



I oczywiście zegar, dzięki któremu... (przepraszam, ale znów nie mogę zdradzić nic więcej. :))


Mam nadzieję, że ci, którzy czytali "Tajemnice Luizy Bein" rozpoznali na zdjęciach miejsca opisane w powieści.
Natomiast tych, którzy nie czytali, mam nadzieję, że jeśli nawet nie zachęciłam tym wpisem do sięgnięcia po powieść, to przynajmniej zachęciłam do odwiedzenia Warmii. :)

P.S. Wszystkie zdjęcia zrobiłam sama. Jeśli ktoś miałby ochotę gdzieś je wykorzystać, może to zrobić, o ile tylko poda źródło, czyli adres tego bloga.

środa, 3 września 2014

Dalej śladami Tajemnic Luizy...

Pora na Ballenberg. Szwajcarski skansen nieopodal Brienz, w którym... 
Ups, myślę, że to, co się tam zdarzyło się powinnam pominąć dyskretnym milczeniem. 
Dlaczego, wiedzą tylko ci, którzy już przeczytali "Tajemnice Luizy Bein".
Pewnie nie będą też mieli problemu, by odnaleźć pośród zamieszczonych tutaj zdjęć te, które bezpośrednio dotyczą fabuły.
Mam też jednak nadzieję, że te same zdjęcia zachęcą niezdecydowanych do lektury mojej powieści. ;)

Niesamowite uczucie wrócić w to samo miejsce po 9 latach. :)






































Dociekliwi pewnie zwrócili uwagę, że na zdjęciach nie zostało uwiecznione MIEJSCE gdzie... (nie, oczywiście, że nie zdradzę, co tam się zdarzyło). ;)
Niestety, w momencie kiedy byłam w Ballenbergu TO MIEJSCE było pechowo niedostępne dla zwiedzających.
Po namyśle jednak doszłam do wniosku, że może to dobrze?
Pokazując je mogłabym za dużo ujawnić.

Jednak gdyby ktoś jednak bardzo, bardzo chciał zobaczyć TO MIEJSCE, 
może to zrobić.
Jest widoczne na filmiku poniżej, min 6.25.
Do wywiadu zostały wplecione krótkie kadry filmowe z mojego poprzedniego pobytu w Szwajcarii, 9 lat temu.


A już w kolejnym wpisie pojawi się wreszcie również widoczne w filmiku Barczewo, czyli powieściowy Wartembork.

Zapraszam już teraz. :)