Wczoraj polecałam wakacyjne czytanie, dziś trochę przewrotnie przypominam o audiobookach. Na razie tylko (lub "aż") wydane zostały w takiej formie "Tajemnice Luizy Bein" i "Kołysanka dla Rosalie", dostępne m.in. w Empikach, Matrasach i na aros.pl - tu tylko do 12 czerwca w dużej promocji.
Takie oto pytanie zadała mi jakiś czas temu pewna czytelniczka.
W pierwszej chwili chciałam zaprzeczyć, bo przecież trudno którąkolwiek z moich powieści jednoznacznie położyć na półce z romansami, jednak po bardzo krótkiej chwili namysłu... potwierdziłam. :) Odpowiedziałam, że owszem, moje książki są o miłości.
Każdy, kto doczytał "Tajemnice Luizy Bein" i "Kołysankę dla Rosalie" do samego końca, czyli łącznie łącznie ze słowem od autora wie, że nie wszystko, co znalazło się w obu powieściach zostało od początku do końca wymyślone.
A nawet, jeśli rzeczywiście wymyślone, to zwykle w ten sposób, że coś już całkiem realnego dało temu początek.
Tak właśnie było z różami - tymi, o których Klara pisała artykuł dla "Tygodnika Olsztyńskiego". Mimo że odegrały pewną fikcyjną rolę, którą powierzyłam im w powieści, to zagrały tam siebie.
Od początku do końca, w niemal niezmienionej postaci.
Jedyny ślad to blog http://artruizm.blogspot.com/, na którym można obejrzeć proces powstawania odlewów, nie tylko różanych, jednak ma tam podanego kontaktu do autora.
Poniżej zamieszczam zdjęcia z owego bloga.
Wszystkie pochodzą właśnie stamtąd, mam nadzieję, że jeśli autor trafi jakimś cudem na mój blog, nie będzie miał mi za złe, że pozwoliłam moim czytelnikom obejrzeć je sobie "na skróty",
ani że wykorzystałam jego róże do fabuły mojej powieści.
Mam też nadzieję, że będę miała okazję chociaż w ten sposób podziękować mu za inspirację.
Ceramiczne róże tak naprawdę dały początek "Kołysance dla Rosalie", która chyba przede wszystkim dzięki nim powstała.
Od dziś na stronie jednego z patronów "Kołysanki dla Rosalie" - wortalu Granice.pl dostępny jest obszerny fragment powieści - prolog i prawie cały pierwszy rozdział.
Choć brzmi to niezbyt prawdopodobnie, to jednak łączy, w dodatku całkiem sporo, przy czym jeśli chodzi o treść powieści i
przede wszystkim gatunek, rozbieżność jest tak duża, jak to tylko możliwe.
Dla przypomnienia:
„Kołysanka dla Rosalie” to powieść sensacyjno – przygodowa z wątkiem
kryminalnym, historycznymi i elementami romantycznymi. NIE MA w niej ŻADNYCH motywów, fantastyczych.
Jest za to pewien rodzaj magii, mistycyzmu i metafizyki, ale podane sposób
jak najbardziej realistyczny. Pewien rodzaj klimatu, który można odnaleźć w ostatnim rozdziale "Tajemnic Luizy Bein".
Co zatem łączy moją powieść z cyklem o czarodzieju stworzonym przez J.
K. Rowling?
A jest nim pewien siedemnastowieczny "tekst" opisujący alegoryczną podróż
mitycznego założyciela pewnego tajemniczego Bractwa wokół którego z pewnych powodów (więcej o tym w powieści) wyrosło sporo kontrowersji. Tekst, na
który natknęłam się w trakcie pisania „Tajemnic Luizy Bein”, a którego tytułu i
autora nie mogę zdradzić, żeby nie wyjawić zbyt wiele z treści i nie popsuć
czytania (ci, którym to nie przeszkadza mogą zajrzeć TU). Zainspirował mnie do
napisania „Kołysanki dla Rosalie” – oparłam na nim znaczną część fabuły. Pod
koniec pisania książki nieoczekiwanie odkryłam, że nie tylko mnie zainspirował.
Znalazłam informację, jakoby autorka cyklu o Harrym Potterze na tym właśnie tekście
oparła wszystkie jego części. Dla dociekliwych – więcej można o tym poczytać TU
(Uwaga! Ci, którzy zamierzają czytać Kołysankę, a nie lubią wcześniej wiedzieć
zbyt wiele o treści, tutaj też raczej nie powinni zaglądać przed lekturą!)
Nie wiem, czy to wspólne źródło inspiracji przekłada się w jakimś
stopniu na podobieństwo motywów wykorzystanych w powieściach, choć podejrzewam,
że raczej nie.
Jest jednak z pewnością pewien element, który się dubluje. Ten,
o którym pisałam wczoraj.
W „Kołysance dla Rosalie” to jeden z kluczowych element fabuły, związany z
tytułową bohaterką.
Jeśli są inne podobieństwa - liczę, że już za miesiąc dowiem się tego od czytelników
„Kołysanki…”, którzy w przeciwieństwie do mnie czytali Harry’ego Pottera. ;)
Tymczasem przypominam,
że „Kołysanka dla Rosalie” pojawi się na
księgarskich półkach 15 kwietnia,
więc jest jeszcze całkiem sporo czasu, by zapoznać
się z jej pierwszą częścią,
I nie jest to wcale moja osobista,
autorska wizja ;),
ale rzeczywiście ten obrazek wiele mówi o treści „Kołysanki…”.
Dziewczynka odpowiada wiekiem mojej Rosalie, wygląda jak ona, a jednorożec…
On
też pojawia się w powieści. Naprawdę!
Na dowód załączam stosowny fragment:
„…dziki
i wolny jednorożec jest skłonny ulec jedynie duszy, w której umarło wszystko,
co stare, a narodziło się nowe. Lepsze. (…)
Mógł
należeć tylko do tych, którzy mają czystą duszę, a żadna dusza nie może być
czystsza od duszy dziecka.”
Mimo jednorożca i paru innych podobnych „elementów” fabularnych „Kołysanka
dla Rosalie”, podobnie zresztą jak „Tajemnice Luizy Bein” NIE JEST powieścią fantazy!
Prócz zwyczajnej fikcji literackiej (łączonej z jak najbardziej realną
historią)
nie ma żadnych wątków fantastycznych.
Jest za to odrobinę mistycyzmu
i magii,
ale takiej, z jaką czasem mamy do czynienia w realnym życiu. ;)
W poprzednim wpisie wyjawiłam, że „Kołysankę dla Rosalie” wiele łączy
z pewnym bardzo znanym cyklem fantasy.
Wbrew pozorom nie jest to tylko wspomniana
magia, mistycyzm ani jednorożec, ale coś znacznie więcej.
Dzień zaduszny i stary cmentarz położony niemal w centrum Barczewa,
miasteczka znanego niektórym pod powieściową nazwą Wartembork.
To miejsce nie pojawiło się co prawda w "Tajemnicach Luizy Bein", jednak znalazło się w kontynuacji powieści.
Wyjątkowo, ze względu na niedawne święta, maleńki fragment "Kołysanki dla Rosalie", w dodatku ilustrowany. :)
"Przeszli przez okazałą, cmentarną bramę z czerwonej cegły. Wiekowa furtka, która powinna rzewnie zaskrzypieć, zamknęła się za nimi cicho. Nekropolia znajdowała się w centrum Wartemborka. Mogło się wydawać, że ze względu na swój charakter stanowi granicę między starą, a nową częścią miasteczka, jednak było wręcz przeciwnie. Mieszkańcy skracali sobie tędy drogę, z przyzwyczajenia i rutyny czasem zapominając, że nie przechodzą przez zwykły miejski zieleniec. Dlatego czasem zdarzało się tu słyszeć nieprzystający do okoliczności i miejsca gwar.
Dziś tylko od czasu do czasu ciszę mąciły odgłosy zza muru. (...)
Ruszyli pod górę kamienistą aleją. Płytki, zwieńczony koronami drzew wąwóz. Wolno wspinali się w stronę wysokiego, drewnianego krzyża widocznego w oddali. Klara miała wrażenie, że mijana furta, zamiast wejścia do zabytkowego cmentarza, pełniła funkcję całkiem odwrotną. Była bramą do miasta. Wyprowadzającą z miejsca, gdzie przestrzeń, kolory, a nawet powietrze wydawało się tak odmienne od tego za murami.
Panował tu specyficzny mikroklimat, atmosfera nieco podobna do tej w wiekowych, półdzikich parkach, gdzie natura rządzi się własnymi prawami, zapomniawszy, jak to jest być zadbaną przez człowieka. Klara uważała, że taka niedbałość działa często na korzyść przyrody i w tym wypadku tak właśnie było. Piękne wysokie drzewa, soczysta zieleń trawy i polne kwiaty dodawały temu miejscu uroku. Przez to stawało się magiczne.
Niestety, dużo mniej skorzystały na tym nagrobki, krzyże z inskrypcjami i kapliczki grobowe, a właściwie to, co z nich zostało. W przeciwieństwie do roślinności, większość doświadczyła ingerencji człowieka, niestety w sensie negatywnym. Czas też dołożył swoje. Piękne niegdyś, kute ogrodzenia przy niektórych grobowcach były w opłakanym stanie. Mimo to, nazwiska zmarłych w wielu miejscach wciąż jeszcze dały się odczytać. Zarówno te na powyginanych tabliczkach wciąż tkwiących na prostych, drewnianych krzyżach, jak i na zmurszałych płytach nagrobnych. Głównie germańskie. (...)
Większość grobów była zapomniana. Tylko na niektórych ktoś położył plastikowe wiązanki i ustawił znicze, resztę przykrył mech i jesienne liście.
Zmarłych nie grzebano tu od blisko siedemdziesięciu lat, i już tylko nieliczni pamiętali o tych, których szczątki spoczywały tutaj, a nie na cmentarzu komunalnym za miastem. Właśnie przez tę zmianę lokalizacji tuż po wojnie, cmentarz na Świętej Górze popadł w ruinę, choć chyba na przekór wszystkiemu, a przede wszystkim wbrew upływającemu czasowi był nieporównanie piękniejszy od tego nowego. Na swój sposób."
Przy okazji przypominam, że premiera "Kołysanki dla Rosalie" już w kwietniu.
Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tym wpisie są mojego autorstwa.
Jeśli ktoś chciałby je wykorzystać, może to zrobić, o ile poda źródło, czyli adres tego bloga.
Kontynuacja "Tajemnic Luizy Bein" właśnie otrzymała okładkę! :)
Do wartemborskiego pałacu, obecnie funkcjonującego jako hotel, przyjeżdżają goście: pisarz zainteresowany historią drugiej wojny światowej, emerytowany architekt o nienagannych manierach, roztargniona, samotna dziewczyna, sympatyczne starsze małżeństwo, wścibska pani Róża z mężem pantoflarzem i tajemniczy wędkarze, którzy znikają na całe dnie. Czy ktoś z nich stoi za uprowadzeniem małej Rosalie oraz jej niani? I jaki związek z tym incydentem ma wygrywana przez zabytkową pozytywkę stara kołysanka?
Tę zagadkę spróbuje rozwikłać Klara, znana czytelnikom z powieści Tajemnice Luizy Bein, jednocześnie usiłując nie zepsuć swojego obfitującego w burzliwe momenty związku z Kubą.
Teraz już nie ma żadnych wątpliwości, co tak naprawdę robiłam tego lata w
Ważna informacja dla tych, którzy nie czytali pierwszej części:
"Kołysanka dla Rosalie" jest kontynuacją "Tajemnic Luizy Bein"
jednak (i to pewnie jest najistotniejsze)
"Tajemnice Luizy Bein" nie wymuszają czytania drugiej części (chyba, że ktoś jest po prostu ciekaw, jak się potoczą dalsze losy bohaterów ;) ), wszystkie wątki w "Tajemnicach Luizy..." zostały doprowadzone do końca ( a przynajmniej w czytelniku pozostaje takie właśnie wrażenie. ;))
W "Kołysance dla Rosalie" mamy nową historię ze starymi, i oczywiście również nowymi bohaterami (rozpoczętą jednak na ostatnich stronach "Tajemnic Luizy..."), ale żeby ją zrozumieć, trzeba najpierw przeczytać Luizę.
Serdecznie zapraszam już teraz do lektury Kołysanki! :)
... takiej, jak na przykład ta w muzeum Jobin - najstarszej szwajcarskiej marki tworzącej między innymi pozytywki. Najstarsza zachowana i nadal działająca jest też znajdująca się tam pozytywka, którą odwiedzający to miejsce mogą obejrzeć, ale niestety tylko nieliczni posłuchać.
Miałam ogromne szczęście znaleźć się w ich gronie, dzięki szeregowi dość nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, o czym opowiem za chwilę, a na końcu spuentuję chyba przyjemną (mam nadzieję! ;)) wiadomością.
Tymczasem, dzięki mojej przytomności umysłu (co nie było łatwe, ze względu na ogólne rozemocjonowanie) i uzyskanej zgodzie oprowadzającego, posłuchać jej mogą również czytelnicy mojego bloga.
A jak to się stało, że mogłam posłuchać pozytywki na żywo, w dodatku nakręcił ją SPECJALNIE DLA MNIE (naprawdę!) ktoś bardzo szczególny? Tak jak wspomniałam, przez przypadek.
Zaczęło się od "Tajemnic Luizy Bein" i miejsca, w którym zatrudniłam jednego z bohaterów powieści - szwajcarskiej pracowni rzeźbiarskiej w Brienz, otwartej w 1835 roku (mój bohater zatrudnił się w niej w ok.1885 roku). Pracownia istnieje nieprzerwanie, w dodatku zyskała sławę nie tylko w Szwajcarii, ale i na całym świecie.
Prócz rzeźbionych w drewnie przedmiotów wytwarzane są tam piękne, ekskluzywne pozytywki, i co najważniejsze, firma jest nadal w rękach tej samej rodziny.
Kiedy byłam w Brienz pierwszy raz, nie miałam możliwości zwiedzenia firmy. Żeby ją opisać, musiałam korzystać z pomocy internetu, dlatego z pewną tremą weszłam do środka. Trema, i to potężna towarzyszyła mi z jeszcze jednego powodu...
Dzięki uprzejmości i wsparciu polskiego dystrybutora pozytywek z Jobin, po muzeum, pracowni i pomieszczeniach niedostępnych dla zwiedzających oprowadził mnie... sam właściciel firmy, pan Flavius Jobin, potomek jej założycieli. :)
Relację z wizyty skrupulatnie uwieczniłam na zdjęciach. Na jednym z nich znalazło się coś bardzo istotnego, coś co pojawiło się w powieści (nie mogę wyjawić, żeby za wiele nie zdradzić, ale ci, którzy czytali powieść z łatwością ten przedmiot rozpoznają), a o czym nie wiedziałam, że naprawdę istnieje, i jest sobie jak nigdy nic w muzeum Jobin dokładnie takie, jak opisałam!
Niezwykłe uczucie wymyślić sobie coś, a potem zobaczyć to na własne oczy! :)
Na ostatnim zdjęciu znajduje się zegar, z którym wiąże się ciekawa, choć smutna historia. Został zamówiony ponad sto lat temu przez kogoś, kto nigdy go nie odebrał, ponieważ statek, którym po niego płynął, niestety zatonął.
Najprzyjemniejszą jednak częścią zwiedzania Jobin była możliwość przyjrzenia się, a nawet praktycznego sprawdzenia, jak powstają pozytywki.
Efekt od początku do końca ręcznej pracy do obejrzenia i oczywiście kupienia w sklepiku.
Cena widoczna na jednym ze zdjęć jest dowodem na to, że tak jak zauważyła Klara Figiel w "Tajemnicach Luizy Bein", rękodzieło w Szwajcarii jest należycie docenione. ;)
Na ostatnich zdjęciach znalazły się te najcenniejsze, muzealne pozytywki, których kupić oczywiście nie można.
Oczywiście nieprzypadkowo. ;)
Nieprzypadkowo też tak dużą część blogowego wpisu poświęciłam właśnie pozytywkom, bo przecież w "Tajemnicach Luizy Bein" ich nie ma.
Powód pojawi się na księgarskich półkach już za kilka miesięcy.
Kontynuacja opowieści o perypetiach Klary, Alexa, i nie tylko.